piątek, 31 sierpnia 2018

1. Wielkie czyny się czyni po winie.

Gdybym ja miał otworzyć te drzwi to generalnie bym ich nie otworzył. Tylko, że Sevi na nieszczęście nagle zaczął robić za idealnego gospodarza. I chwilę później w progu stały te dwie norweskie poczwary. Tak! Te najgorsze z najgorszych, które praktycznie nazywają się identycznie. Bo na przykład Stjernena bym zniósł. Przynajmniej imię ma niemieckie. Cywilizowane i z rodowodem. Ale owe kreatury? Tande. Pasztet z nieumytymi włosami, miną dewianta i podobno dziwnymi skłonnościami względem koni i pand.

I jeszcze drugi nieszczęśnik! Chłoptaś, który sprytnym uśmieszkiem, potrafi zwijać porządnym ludziom (czyli mnie) sprzed nosa piękne dziewczyny. Dziękuję za takie towarzystwo!



W każdym razie przyleźli. W towarzystwie jakiejś laski... Albo raczej baby pod pięćdziesiątkę. Statecznie ubranej, brzydkiej i z toną papierów w łapach. Więc ponieważ kieruję się w życiu zasada iż lepiej zapobiegać niż leczyć, postanowiłem zabrać głos.

- O nie – wrzasnąłem (po angielsku) – to jest zamknięte przyjęcie, a nie jakaś jadłodajnia dla przygłupów. Severin zapłacił za prowiant dla określonej liczby gości. I nikt już mi więcej nie wmówi, że jest Hayboeckiem, jego dziewczyną, babcią albo królikiem.

- Nie dość, że nie zabrał mnie na wakacje, to jeszcze nie powiedział mi, że ma królika? – przerwał Srafciu płacząc już całkiem donośnie – a ja naprawdę starałem się nie być uciążliwy. Próbowałem gotować, sprzątać, robić im śniadanie do łóżka. Bo ja nie chcę mieszkać sam. I nie chcę wracać do mamy, no wiecie nie wypada mi...

- Kraft...

- W dodatku ten Tande patrzy na moją Michi jak jakiś pedofil! Nie dam mu jej zjeść. Całkiem możliwe, że tylko ona mi zostanie. Zatrzymamy się na dworcu, może przynajmniej bezdomni  nas polubią...

- Czy Wellinger jednak dał mu alkohol? – jęknął Sevi, po czym spojrzał pytająco na Norwegów.

- Ta pani jest adwokatem – próbowała się wytłumaczyć jedna z tym kreatur – przyjechała do nas z daleka i zażądała kontaktu do Andreasa. Więc ją przywieźliśmy...

Patrzcie kurde jaki elokwentny się znalazł. Byłem pewien, że tak naprawdę znowu przywlókł się do Niemiec by mnie upokorzyć i poderwać jakąś piękność, która mnie nie chciała!

- Ja nic nie zrobiłem – przeraził się tymczasem Wanki – no dobrze, kiedyś wywróciłem śmietnik na lotnisku w Lillehammer. To naprawdę było niechcący. I pragnąłem posprzątać... Tylko, że cholera wypadły z niego dziecięce pieluszki, a ja nie miałem rękawiczek jednorazowych, więc poszedłem do kiosku, a w tym czasie...

- Andi... – poklepałem go po ramieniu – obawiam się, że tu nie chodzi o Ciebie, tylko o nasze cielę – przeniosłem wzrok na feralną kobietę (mógłbym dodać, aby było poetycko, że w czarnym żakiecie, ale kurde przecież wiadomo, że nie w bikini) – proszę pani to naprawdę był czyn o niskiej szkodliwości społecznej. Andreas akurat był pijany... No teraz też akurat jest, mały zbieg okoliczności... Ale nic nie zostało zniszczone. Zresztą minęło wiele czasu, prawie dwa lata, a ta nieszczęsna gęś... – przerwałem, bo zauważyłem, że babsztyl ma minę podobną do sevciowej teściowej podczas mojej wybitnej przemowy.



 Ogółem wyglądała jak jakiś sobowtór tego istnego koszmaru. Co trochę zbiło mnie z tropu. Choć i tak byłem święcie przekonany, że to ten cały Forfang doniósł na Welliśka do prokuratury (po to by zrobić ze mnie Marinusa imprezy, ale już wam chyba mówiłem, iż ów pan żyje w jednym celu – w celu zdołowania mnie).



Miałem nadzieję, że moja mowa obronna wystarczy do umorzenia sprawy (tym razem nie użyłem żadnego archaizmu!), ale zamiast adwokatki odezwał się gryzoń.

- Andi nie jest niczemu winny. To ja wyniosłem Michi z zoo. I czuję się dumny ze swojego czynu – tupnął nogą - była mała, bezbronna, wyłysiała, zagłodzona, inne pisklęta brutalnie ją dziobały... A teraz proszę spojrzeć jaka piękna. Opiekuje się nią najlepszy weterynarz w Austrii, chodzi do salonu pielęgnacji dla psów, gdzie czeszą jej piórka, robi postępy, cudownie i głośno gęga... Tylko dziewczyna Michaela jej nienawidzi, ale Wanki mówi, że jak wezmą ślub to przestanie, więc luzik, ja mam już plan. Lecz jeśli naprawdę chcecie zamykać ludzi w więzieniu, za uratowanie życia bezbronnej istoty, to proszę zamknijcie mnie, a Andiego zostawcie w spokoju.

- Nawet mama już mi wybaczyła ten wybryk z kradzieżą – uzupełnił z podłogi główny zainteresowany – kazała mi tylko iść do spowiedzi. I poszedłem, bo ja zawsze słucham mamy...



Matko Boska xdeistyczna, on był bardziej pijany niż w Planicy na zakończenie sezonu. A serio myślałem wtedy, że gorzej już być nie może!

No a co do Srafcia... Patrzcie, może głupi, ale przynajmniej szlachetny. Nie to co Forfang. Wiecie, że ten gościu pojawił się w domu Seva w skórzanej kurteczce!? To ja jestem pierwszym skoczkiem, który nosił skórzane kurtki. Więc nikt inny nie ma prawa tego robić bez mojej wiedzy i zgody! Zaczynałem już kombinować nawet czy nie pozwać go do sądu za plagiat wizerunku. Oko za oko, ząb za ząb.

- Proszę panów o powagę – sobowtór teściowej rudego pierwszy raz zabrał głos– przyjechałam tu aż z Australii i gwarantuję, iż moja klientka zapłaciła mi grube pieniądze, aby nie uszło to panów koledze na sucho. Nasze oczekiwania są jasne...

- Ale jaka Australia – parsknął Wanki – pani myśli, że nasz Welliś w ogóle wie gdzie coś takiego jest? Mamy do czynienia z jakimś koszmarnym nieporozumieniem.

- Ona reprezentuje tą laskę, która robiła mojej drużynie zdjęcia w Korei – norweska parówka zbliżyła się do nas, szepcząc swoje (niestety nie) kłamstwka, sztucznie troskliwym tonem – wzięliśmy ją ze sobą na ową imprezę, na którą Richard nas zaprosił, w ramach zacieśniania więzi...



Macie w życiu czasem tak, że chcecie rzucać kurwami? Bo nagle zupełnie niespodziewanie wypływa na wierzch coś, o czym dawno sami już zapomnieliście? Całe lato drżałem, że Sev i Żyrafa dowiedzą się, iż olałem Welliśka tamtej nocy. I że to wcale nie Geiger wpuścił do nas Norwegów. A na jesieni wyluzowałem, bo ileż można osłabiać brwi jednym zmartwieniem?



Widać ten pomyleniec poza laskami postanowił mi zabrać jeszcze przyjaciół!



- Serio się zaniepokoiliśmy. Więc przywieźliśmy ją do Niemiec. Andi był wtedy z nami, więc naprawdę jeśli mogę wam jakoś pomóc...



Niech mnie coś trzyma! Serio. Jeżeli on chce nam w czymkolwiek pomóc to ja jestem prawiczkiem! Tyle w temacie.



- I nasz Welliś znowu coś ukradł? – jęknął Wanki – nie wiem... Tusz do rzęs? Wkładki higieniczne? Chusteczki do nosa? Co jeszcze kobiety noszą w torebce? My oddamy, nawet w nadmiarze...

- A ja się dołożę – dodał pełen zapału Srafciu.

Nie lubię wzruszeń. Jestem twardy i seksowny. Ale serio mega mnie rozczula, jak skoczna brać (pomijając podły lud północy) jednoczy się we wspólnych sprawach. Owszem, stanowimy mieszankę skrajności. Niektórzy są tępi jak wiewióra, inni niedojrzali jak Żyrafa, a jeszcze inni mądrzy i roztropni niczym ja sam. A jednak potrafimy pokazać się światu jako jedna wielka rodzina! Której nic nie złamie. Chyba...



- Moja klientka niedawno urodziła – kobita wreszcie przeszła do rzeczy, bo do tej pory jedynie wybałuszała te swoje ślepia z zezem (zupełnie jakbyśmy byli nieuprzejmi i jej przerywali!) – nadmienić muszę, iż jest ona osobą często podróżującą, rzadko bywającą w domu, a co za tym idzie potrzebującą środków na własne życie. Żąda więc aby pan Andreas zaopiekował się swoim dzieckiem.



Że kim? Nie wiem czy bardziej powalił mnie ten news, czy fakt, iż ktoś nazwał Welliśka ‘panem’.



- W przeciwnym razie, jak kazała przekazać, puści go z torbami. A gwarantuję, ma wiele ścieżek prawnych, na których może to uczynić.

- Przepraszam bardzo – jęknął po raz kolejny Severin – naprawdę nie dało się wybrać gorszego momentu na takie kiepskie żarty? Zaraz tu będą moi schorowani dziadkowie, wujek z drugiego końca kraju, siostra z rocznym synkiem... Naprawdę nie chcę aby spotkali w drzwiach osobę podającą się za adwokata.

- Siostrzeniec pana obchodzi, tak? A mała Delfina to już co?

- Przepraszam bardzo kto?

- Córka mojej klientki – zirytowała się wariatka – i Andreasa Wellingera, który był tak pijany, że nie raczył jej nawet poinformować jak się nazywa. Gdyby nie miała kontaktu z tymi uczciwymi sportowcami, którym robiła zdjęcia – wskazała na kreatury – nigdy by się nie dowiedziała, kto jest tatą Delfinki. Była przekonana, że to jakiś chłopaczek sprzedający precle. A nie mistrz olimpijski – dodała z pogardą.



Co jest do cholery złego w sprzedawaniu precli? Nawet ja nie mam nic przeciwko, choć prawie zostałem znanym lekarzem. Ale wracając do tematu... Kim trzeba być żeby nazwać tak dziecko? Jakąś totalną psychopatką (Choć przyznaję pamiętam, że biust miała niczego sobie). Nie wyobrażam sobie gorszego imienia dla dziewczynki... No... Chyba że istnieje forma Marinusa, Marinusława czy tym podobne (a dzięki Bogu nic mi o tym nie wiadomo).



- Andi ukradł deflina? – Wanki nadal najwyraźniej nic nie rozumiał – z Kraftem? W takim razie my go zaraz oddamy do basenu, w sensie delfina, a nie Krafta. No bo szanujmy się, na gęś to można jeszcze przymknąć oko. Natomiast delfin? Nawet gdzie trzymać go nie ma.

- Mnie tam nie było – wyjaśnił cicho gryzoń – ale jeżeli to wam w czymś pomoże to mogę wszystkich okłamać, że byłem.



Zaczynałem się bać, iż on liczy, że to my go przygarniemy...



A Severin chyba bał się jeszcze bardziej. Z tym, że nie wiewiórek ułomnych. Bo z pokoju akurat wyszła jego mama. Z przerażeniem pytając, co adwokat robi w ich mieszkaniu.

- Andi został ojcem – westchnął biedny rudzielec, widać nie mając już siły na wymyślanie jakiś wielce mądrych historyjek (a mógł oddać mi głos, bo zawsze mam kilka genialnych na podorędziu).

- Andi? – usłyszałem głos pełen przerażenia i niedowierzania.

- W sensie nie ja – Wanki próbował rzucić coś pocieszająco, ale raczej tylko pogorszył sytuację.

- Z tą dziewczynką? – rodzicielka poczciwca niespokojnie wskazała na Tande.

- Nie mamuś – zaprotestował Freund – to nie jest dziewczynka. To tylko Andre... Johann, Daniel... – przerwał – Boże ja właściwie nie wiem już co to jest.



I poszedł biedny przepraszać krewnych i odwoływać rodzinną uroczystość. 
                                 _____________________
Tak jak mówiłam, po krótkim fragmenciku xD
Bawię się wordem pomiędzy przeprowadzką a przeprowadzką.
Za to jutro po roku przerwy wrzucę wam prawie 10 stron smętnego elaboratu :D Jeżeli ktokolwiek (poza moimi ukochanymi sadomasochistycznymi wariatkami <3) ma jeszcze na to siłę ^^

1 komentarz:

  1. No cześć!
    Ojejku, nawet nie wiesz, jak właśnie przez Ciebie i Twoje opowiadanie zatęskniłam za blogspotem, opowiadaniową społecznością, Niemiaszkami, pisaniem i skokami. To takie niespodziewane uczucie, ale jakie miłe. Aż łezka się w oku kręci. <3
    Kolejne łezki (a właściwie BARDZO SPORO łezek) kręci mi się w oczach ze śmiechu. Masz genialne poczucie humoru! I niesamowity pomysł na fabułę, która powolutku nam się tutaj odsłania. Nie wiem, co zdobyło bardziej moje serce - "nie moje brwi, nie moja sprawa", gęś Krafta (jejku, Strafcio tutaj jest taki... do polubienia? W głowie mi się nie mieści!), czy Wellinga zdolny do zapłodnienia jakieś laski (no tak się właśnie kończą przyjaźnie z Sraftem eh). I jeszcze ta Delfina... Jeśli ktoś tu kogoś miałby pozwać to tylko Welli tą fotografkę za nazwanie tak ich córki, serio XD
    Ricz hejtujący Norwegów to złoto, ale pierwszy rozdział i tak wygrała mamka Seva uznająca Tande za matkę dziecka Welliego, buziaczki, pani mamo Freund!
    Kocham bardzo mocno i z niecieprliwością czekam na kolejne perypetie tych matołków. Strach myśleć, co jeszcze mogą tutaj odwalterować!
    <3
    ~ Cam

    OdpowiedzUsuń