piątek, 17 sierpnia 2018

0. Zaczęło się od gęsi.


Generalnie wszystko przez tą wiewiórę. 

Może ktoś powie, że jestem uprzedzony. I że szykanuję go, bo jest brzydki, krępy i ma krzywe zęby. Ale nie. Gówno prawda. Jeśli trzeba wam na to dowodów to w końcu taki Eisenbichler przykładowo jest jeszcze brzydszy, a w dodatku byłby idealną twarzą reklamy zakładu poprawczego. A jednak nie mam zamiaru go oskarżać. Bo nic nie zrobił. W przeciwieństwie do naszego kurdupelka. I takie są fakty. Więc proszę mnie nie wyzywać od rasistów, nazistów... Nie, nic z tego nie pasuje. Powiedzmy od sraftystów.

Jestem inteligentnym człowiekiem i kręci mnie słowotwórstwo.

Wracając do tematu. Nie pomyślcie sobie, że to Srafciu zabrał Wellingę na dziwki. Nie, nic z tych rzeczy. Wątpię czy Srafciu w ogóle zna słowo dziwka. On tylko namówił go, po dekoracji na Mistrzostwach Świata w Lahti do włamania się do mini zoo i kradzieży po pijaku jednej fińskiej gęsi. Ale to był impuls. Pierwszy zły uczynek, w życiu naszego małego, niewinnego Andreaska. Pierwsze zbrukanie tego płochego serduszka. To, które rok później pociągnęło za sobą całą lawinę zdarzeń.
Więc reasumując. Gdyby Wellinga się nie stoczył, to Sevi i Wank nie truliby mi przed wyjazdem do Korei, żebym pilnował w jakim towarzystwie ten ciołek się obraca. Idąc dalej, gdybym nie dbał o towarzystwo dla niego, nie przyszłoby mi do głowy zaproszenie na imprezkę po drużynówce Simona Ammanna. Gdyby nie Simi to nie znaleźliby się w naszej cywilizowanej niemieckiej siedzibie, ci paskudni, żądni krwi Norwegowie. A gdyby ich nie było, nie miałby kto wmówić wstawionemu Stephanowi Leyhe, (czy jak się go odmienia, nie wiem jak można mieć nazwisko, które kończy się na E, ale w sumie powtarzam sobie od dziecka – nie moje brwi, nie moja sprawa) że jego dziewczyna zdradza go z Nochalem. Chłopak by się nie załamał i nie zaczął płakać gorzej niż krowa z mojego umiłowanego, rodzinnego Ferienhaus w czasie dojenia. A przez te bezmyślne ćwoki zaczął. I w cholerę się go nie dało uspokoić. Więc jako człowiek szlachetny, gotowy aby dźwigać cały upadły świat współczesny na jednym małym wąsie (którego już ogoliłem ani ciiiii), zatargałem go do hotelu. Zapominając o Wellindze. I zostawiając ową niewinną owieczkę, ssącą jeszcze metaforyczne mleko matki (Jezu, pierdolę jakbym był rudy i pijany), na pastwę skandynawskiego narodu upadłego.

Potem noc potoczyła się... Jak się potoczyła. Stephek zalulał, mi trafiło się naprawdę genialne towarzystwo (ale o tym należy milczeć przy Severinie, oficjalnie do świtu ratowałem ludzkość)... A Andiś zmaterializował się rano na wycieraczce. Cały i żywy. Tym razem bez żadnej zwierzyny łownej, nic nie pamiętający, no a przede wszystkim bez Krafta, który poprzedniego wieczoru wrócił już do swojego dziwnego kraju, od wieków kradnącego nam język narodowy. To wszystko dało mi mocną nadzieję, że miniona noc nie będzie miała żadnych konsekwencji. Wycieraczkę wypraliśmy, a buty naszego serwismena, które nie nadawały się już do użycia (wiecie jak to jest, gdy nieodporny na uroki dorosłego życia dzieciak zbytnio zabaluje) wypieprzyliśmy przez okno, rozpowiadając wszystkim, iż widzieliśmy jak ukradł je miejscowy handlarz staroci. Schusterowi wmówiliśmy, że Welliś zatruł się ostrygami, a Freundowi i Żyrafie, że wyszliśmy z balangi zaraz po zrobieniu oficjalnych fotek i ostatnie godziny w Korei spędziliśmy na przyspieszonym kursie medytacji tybetańskich (to znaczy ja równolegle spędzałem je z Leyhe, ale nie bądźmy aż tak drobiazgowi). Uwierzyli. Wank nawiasem mówiąc, uwierzy we każdą bzdetę.
I zdawało się, że nam się upiekło.

Przez równe dziewięć miesięcy.

Powtórzę jeszcze raz. Może historia jest skomplikowana i wielowątkowa, ale generalnie wszystko przez Krafta.

Szkoda tylko, iż świat postanowił szukać winnego zupełnie gdzie indziej.

~~***~~
Listopad 2018
Mieszkanie Severina zawsze mnie przerażało. I nie chodziło nawet o to, że było w nim czysto. Generalnie to ja lubię porządek. Nie jestem jakimś zdegenerowanym obwiesiem (albo Marinusem Krausem, bo w głębi serca uważam, iż wychodzi na jedno), który trzyma w kuchennych garnkach brudne bokserki. Ale rudzielec zawsze musi mieć starte kurze. I układa kosmetyki na półkach! Powiedzcie mi na jaką cholerę układać kosmetyki? Gdziekolwiek! Przecież najlepiej jest gdy leżą sobie luźno i pod ręką. Na przykład w umywalce. Niestety niektórym nie da się wytłumaczyć swoich praktycznych racji.
W każdym razie... Siedzieliśmy we freundowym salonie. Ja, Wanki i lekko zawiany już Welliś. Wszyscy odświętnie ubrani, w gryzących w szyję koszulkach i z obciętymi paznokciami.
Muszę tu nadmienić, że nasz kumpel co roku (a więc już od lat dwóch) organizuje piekielnie nudne uroczystości z okazji rocznicy swojego ślubu. I zamierza to robić nadal, co bardzo mnie martwi, bo kocham go jak brata, ale jak pomyślę, że czeka mnie jeszcze z pięćdziesiąt podobnych stypopodobnych wieczorów... No nic. Zawsze mogę mu następnym razem powiedzieć, że akurat dostałem nieżytu żołądka. Albo, że Wellinga dostał. Lubię zwalać winę na to cielątko.
 I już przechodzę do rzeczy, dodam tylko jeszcze, iż Freundzio mimo wielkiego serca, nie jest szczególnie biegły w planowaniu. Skoro chce fetować, że się hajtnął to ja to doskonale rozumiem. Tylko czemu do cholery nie mógłby urządzić dwóch przyjęć? Jednego dla matek, ciotek i innych klotek. A drugiego dla nas. Jako kulturalni ludzie przyszlibyśmy, zaśpiewali sto lat, wręczyli jego Caren mikser czy inne sitko w prezencie (nie jesteśmy w końcu prostakami i chamami (niczym Marinus, kupujący pewnie ludziom na takie okazje odkurzacz), a poza tym to jedyna dziewczyna w życiu któregokolwiek z nas, która nie okazała się wariatką), porwali Seva na mecz Bayernu, a ona by sobie w spokoju wypróbowała podarunek. Potem byśmy wrócili, zadowoleni, z piwkiem w brzuchach i zjedli ciasto, powstałe dzięki naszej hojności (przy okazji sprawdzając, czy mikser nie był wybrakowany, bo dzisiejszym producentom AGD nie wolno ufać dosłownie w żadnej kwestii). Zajebiście, co?

Ale nie. Mogłoby być tyle radości ile pustych butelek w Planicy, a jest jej tyle co kobiet w sypialni Eisenbichlera. Rudy zorganizował jedną imprezę! W dodatku po raz drugi z rzędu sadzając mnie pomiędzy swoją mamusią, a teściową. Choć kurde wie jak bardzo boję się tej ostatniej. Serio, podziwiam Wellingę, że ma odwagę sączyć przy niej drinki. Ja bym nawet radlerka do ręki nie wziął (choć jestem małym rycerzem, wielkim swoimi brwiami). Przecież owa baba zasugerowała kiedyś, że Sevi jest niewychowany i obraca się w złych kręgach. Sevi! Więc cóż do cholery myślała sobie o mnie?

Chyba nie chcę tego wiedzieć.

W każdym bądź razie tego wieczoru, wszystko miało się zmienić. Bo wymyśliłem w cholerę oryginalny prezent rocznicowy dla państwa Freundów. Łączyło się to owszem, z pozostawieniem na lodzie obu Andreasów, którzy zarządzili, że składamy się na patelnię, ale trudno. Obrona elokwencji Severina i całej skocznej braci była ważniejsza.
Postanowiłem wygłosić przemowę. Płomienną, staroświecką, do bólu romantyczną i taką, która wzruszy wszystkich tych dennych, podstarzałych krewnych mojej ulubionej parki, gdy będą ją sobie oglądać wieczorami na kasetach wideo (bo nie miałem żadnych wątpliwości, że zostanie nagrana z paru ujęć)! Serio. Kilka godzin spędziłem w bibliotece nad słownikiem archaizmów, wypisując sobie różne niezrozumiałe wyrazy, dziewoje w alkowach i inne. Im coś brzmiało bardziej pretensjonalnie tym lepiej. A rano w dniu przyjęcia, wpadłem na takiego newsa, iż byłem pewny, że żadne gotowce nie są mi już potrzebne. Słowa same miały polecieć z ust.

Tyle, że dostałem tremy. Tak wielkiej jak krok w kombinezonie Johanna Andre Forfanga. Więc zdecydowałem się nie czekać, na pojawienie się całej dalszej rodziny, tudzież Schustera (bo gość pewnie stwierdziłby, że jestem równie podpity co Welliś). Odważnie wstałem, odruchowo podkręciłem wąsa, którego już nie mam i zacząłem.
- Najsłodsi zgromadzeni. Jak wiemy żyjemy w świecie pełnym smutku, transcendencji i ambiwalencji (nie wiem co znaczą te dwa ostatnie słowa, ale stwierdziłem, iż brzmią odpowiednio negatywnie i podniośle). Codzienność przepełniona jest łzami na tym ziemskim dołku (w słowniku była forma ‘łzy ziemskiego PA-DOŁU’, z tym iż przecież nie będę się żegnać z jakimiś dołami, skoro dopiero zacząłem przemawiać. A wersja dołek brzmiała bardziej przyjaźnie i pasowała do radosnych tematów, do których planowałem za moment przejść).
- Richard, wszystko w porządku? – Wanki wszedł mi w słowo, ale nie zamierzałem dać sobie przerywać.
- Jakże wielka radość przeszywa więc moje serce, gdy dzieją się rzeczy proste i uczciwe. Szczere i zgodne z klasycznym systemem radości – wziąłem głęboki wdech – a więc najmilsi... Za dziewięć miesięcy pojawi się na świecie potomek mojej ukochanej pary przyjaciół. Małe niewinne, dobre i szczere dziecię (tą formę ‘dziecię’ to akurat wziąłem z kolędy, ale nie było jak tego rozwinąć, bo przecież nie mogłem dodać, że w żłobie).
Sevi patrzył na mnie jak na debila, a jego wybranka zzieleniała ze wściekłości. Uznałem jednak, że to zwykłe ciążowe mdłości, które nie powinny zakłócać tej podniosłej chwili.
- Życzę wam, aby było mądre i roztropne. Aby skończyło z wyróżnieniem Harvard, Oxford czy inną szkołę wyższą w Pcimiu Dolnym, bo przecież liczy się, żeby mieć wykształcenie, a w dodatku w Pcimiu Dolnym sprzedają bardzo dobre parówki. Dbajcie o nie jak o siebie samych. Powinniście na przykład wrzucić z sypialni ten wielki telewizor z opcją 3D. Pomyślcie jak bardzo mógłby on naświetlić maleństwo. Ale bez obaw, możecie przechować go u mnie...

O dziwo wszyscy zgromadzeni przy stole, oprócz mocującego się z korkociągiem Andiego, zaczęli szeptać półsłówka, sugerujące mi, że zwariowałem.

- Skąd wiedziałeś...? – zaczęła drżącym głosem Caren.
No jak to skąd? Pomagałem Severinowi sprzątać łazienkę. I w pewnym momencie polałem sobie detergentem brew. Cholernie się przestraszyłam, iż najpiękniejszy z regionów mojego ciała ulegnie wyblaknięciu lub przerzedzeniu, więc szybko zacząłem grzebać w szafce, w poszukiwaniu jakiejś odżywki wzmacniającej do włosów. (Co? Brwi to też włosy, tylko po pierwsze piękniejsze. A po drugie mniej doceniane). No. Jednak zamiast odżywki znalazłem ten nieszczęsny test ciążowy. I mega się zdziwiłem, iż przyjaciel mi nie powiedział. Ale zaraz go sobie usprawiedliwiłem. Pewno zapomniał, powiadomił jakiś żałosnych randomowych krewnych przede mną, a teraz się bał, że mnie skrzywdził i oskarżę go o brak miłości względem siebie. Nic z tych rzeczy! Planowałem zachować się z klasą, wplątując gratulacje do przemowy. I chciałem, żeby było super, hiper, picuś, glancuś czy jak tam jeszcze wypowiada się to prymitywne pokolenie Wellingi.
Tyle, że kurde wyszło na to, iż rudy sam jeszcze o niczym nie wiedział.

Ups. Chyba powinienem mieć w kieszeni  taki mały przycisk, który powodowałby rozpylenie się nad moimi ukochanymi brwiami ochronnej mgiełki wstydu, gdy tylko zajdzie taka potrzeba.

- Chciałam zabrać dziś Seviego na bok. Powiedzieć mu wszystko w romantyczny, dyskretny sposób. A potem wrócić do stołu i podzielić się nowiną z najbliższymi... – pani domu rozżalona wybiegła do przedpokoju, ciągnąc za sobą korowód matek, babci i kuzynek. I serio poczułem się już jak dureń. Próbowałem przekonać sam siebie, że jest okej. Mogą w końcu ogłosić swoje szczęście osobiście tej
części familii, która pojawi się dopiero na kolacji. A jeśli jeszcze będzie im mało to sąsiadom. W ostateczności jest opcja wzięcia książki telefonicznej i dzwonienia z newsem na losowe numery.

Więc... Tak jakby nic się nie stało?

Sam już nie wiedziałem. Przytłaczała mnie głucha cisza, która zapadła i mina Severina, patrzącego na mnie jakbym zabił mu świnkę morską. Bogu dzięki był z nami Wanki. Radosny, zapłakany, tulący wszystko co się rusza i gadający o cudzie życia. Powiem wam, iż wspaniale mieć takiego kumpla. Po prostu będącego sobą. Plus na porządku dziennym przemilczającego wasze drobniutkie wpadki...

Amen. 
~~***~~


Piętnaście minut później Żyrafa nadal biegała wokół stołu, Sev próbował się dostać do sypialni (ale nie został wypuszczony), a Welliś nalewał wszystkim wódki, którą potem sam wypijał. I w tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi. Tak ujadliwie, że od razu wiedziałem, że to nie może być żaden członek freundowej rodzinki.

Pomyślałem sobie, iż za progiem czyha jakieś niezłe nieszczęście.
Ale nieszczęście dopiero miało się przywlec. Na razie na klatce schodowej sterczała tylko jego zapowiedź. Mianowicie... Srafciu. Trzymający w dłoni swoją zawiniętą w kocyk gęś. Tak. Tą samą, którą ukradli z Andim w Finlandii. Pamiętam, że pracownik zoo wezwał aż wtedy policję. Funkcjonariusze nie mogli jednak uwierzyć w oryginalność sposobu, w jaki podwójny mistrz z podwójnym wicemistrzem świata, postanowili świętować swój sukces. Odmówili przejrzenia monitoringu, po czym zbadali biednego człowieka (próbującego powiedzieć im prawdę) alkomatem. Gdy zaś maszynka wskazała wynik 0 promili, orzekli iż jest zepsuta.

- Przyjechaliśmy – wykrzyknął tryumfalnie wiewiór – kupiłem wam nawet czekoladki na rocznicę. Dużo szczęścia, zdrowia, miłości, wnuków i małych kotków – wziął głęboki oddech, wypuszczając jednocześnie tego obrzydliwego ptaka na dywan - mam nadzieję, że nie jestem spóźniony na kolację?
- Nie jesteś – zrezygnowany Sevi starał się przybrać najdelikatniejszy ton, na jaki było go stać –  problem w tym, że Ty w ogóle nie byłeś zaproszony.
Super. Wchodzi intruz z pogniecionym Rafaello, pieprzy o kotach, które przenoszą toksoplazmozę, podczas gdy w domu jest nienarodzone dziecko i wszyscy są dla niego milutcy. A ja? Staram się, przemowy wygłaszam i wychodzę na jakiegoś zbrodniarza.

Trzeba było urodzić się ułomnym.

- No wiem, że nie byłem. Ale Michael był. Z dziewczyną, bo ona się lubi z severinową Caren – zaczął objaśniać szczurek (i tym razem nie kłamał. One faktycznie się zakolegowały. Ostatnio na LGP w Klingenthal stały nawet razem i czytały oburzającą broszurkę pod tytułem ‘jak pozbyć się z domu kumpli swojego faceta’. Ja jeszcze rozumiem tą hayboeckową. Gryzoń bywa irytujący nawet w trakcie oczekiwania na skok. Więc wyobrażacie sobie jak nie do zniesienia musi być, gdy napotykasz go w swoich własnych czterech ścianach? Bo ja osobiście nie.
Ale Caren? Srafciu przecież nigdy wcześniej ich nie odwiedził. Wiem to z całą pewnością, bo statystycznie bywam u nich codziennie. Więc z czym ona ma problem? Zabezpiecza się na przyszłość czy studiuje takie bzdety dla towarzystwa?).
- To nie jest wytłumaczenie dlaczego tu jesteś – zauważyłem stanowczo.
- No bo oni pojechali do Tajlandii. I nie wzięli mnie ze sobą – głupol zaczął płakać – więc stwierdziłem, że skoro moja gąska też ma na imię Michi, to można nas podciągnąć pod to zaproszenie. Czyli ona wejdzie jako Hayboeck, a ja... No, wychodzi na to, iż jako partnerka. Ale nie pomyślcie nic sobie, po prostu...

Tak. Dobrze słyszeliście. Ta oferma ochrzciła imieniem swojego najlepszego i (pomijając Wellingę) jedynego przyjaciela, obrzydliwe zwierzę, które nie umie nawet skorzystać z kuwety. Wyobrażacie sobie coś takiego? Bo ja nie. To tak jakbym kupił hipopotama i nazwał go Severin!

W normalnej sytuacji bym durniowi przygadał. Ale wtedy wydał mi się jedyną nadzieją na trwałe odwrócenie uwagi od mojej mikroskopijnej wtopy. Zaprosiłem więc go do środka (samego, bo jego Michael zdążył doczłapać już go kuchni i wsadzić dziób do śledzi w śmietanie).
- W Tajlandii mieszka podobno najgrubsza chihuahua świata – wiewiórka marudziła nadal, z żalem spoglądając z stronę Wellisia, który wyraźnie pragnął ją ugościć jak należy, ale nie zostało mu już na szczęście nic odpowiedniego – tak strasznie chciałem ją zobaczyć, napaliłem się na ten wyjazd, wyrobiłem nawet mojemu skarbowi międzykontynentalną książeczkę zdrowia zwierzęcia, żeby nikt się do nas nie dopierdzielił na granicy... W dodatku kupiłem sobie tajski kapelusz i kalosze do zbierania ryżu z bagna. A oni co?
- Namów Michiego po prostu żeby się hajtnął – wtrącił Wank tonem tej wszechwiedzącej wiedźmy jakiejś tam (była taka w jednej bajce. Co prawda żyła na śmietniku, ale to wcale nie znaczy, że życzę Andiemu, aby został bezdomnym. Po prostu ton głosu ma podobny).
- Przecież to jeszcze bardzo młoda gęś – oburzył się Srafciu – co prawda od dłuższego czasu znosi już jajka (tak, nie mylicie się, Michael jest samicą), ale to nie powód, żeby od razu dopuszczać do niej jakieś rozpustne gąsiory.
- Mówię o Hayboecku.
- Co? Do niego też nie pozwolę dopuścić rozpustnych gąsiorów. Nawet po tym, jak nie wziął mnie na wakacje!
- Stefan, skup się!
- No skupiam - padło po dłuższej chwili - tylko co mi da ich ślub?

Wanki to najsłodszy stwór w naszej galaktyce, ale gdy łapie fazę eksperta od wszystkiego, to mam ochotę ostentacyjnie zatkać uszy.

- Przed ołtarzem kobieta wypowiada słowa ‘na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie’... To znaczy facet też je wypowiada, tyle że to teraz nieistotne. Tak czy owak, gdy owo zdanie wyjdzie jej z ust, to mechanicznie akceptuje różne mankamenty wybranka. W sensie te o których wie. Przykładowo choroby weneryczne...
- Ale przecież Michi nie ma...
- Mówię, że to był przykład! Równie dobrze można pod to podciągnąć odsiadkę więzienną...
- Albo bezpłodność – dodał bełkotliwie Welli.
- Nieistotne – rzucił szybko wielkolud, widząc przerażenie na twarzy Srafcia – chodziło mi o to, że kumpli też można. Poślubiając faceta, poślubiasz jego przyjaciół. Ot co. I u Seva przykładowo działa to super. Od dnia wesela Caren nie ma z nami najmniejszego problemu. To znaczy nie miała. Bo po tym co wywinął dziś Richard...

Nie zdążyłem spurpurowieć, gdyż w tym momencie stały się dwie rzeczy. Michi zaplątała się w worek na śmieci i zaczęła ujadliwie gęgać błagając o pomoc. A dzwonek zadzwonił ponownie.

I pięć minut później stało się jasne, iż ten wieczór przejdzie do historii. Ale bynajmniej nie z powodu mojej wybitnej przemowy.

_________________
#shameonme dziewczynki.
a jako, że pisałam to w czasie roku akademickiego to podwójne #shameonme




1 komentarz:

  1. Okej, jestem w dosyć podłym humorku, więc nie wiem, jak mi ten komentarz wyjdzie. (Aczkolwiek nie ukrywam, że po przeczytaniu tego rozdziału już jakby w troszkę lepszym ;))
    "Sraftyzm". Tak, myślę, że takie określenie mogłoby się przyjąć w codziennym użytku, bo wszyscy znamy ludzi, którzy taką, powiedzmy, postawę prezentują. A jak się zjawisku społecznemu nada jakąś nazwę, to od razu to poważniej wygląda.
    "Nie moje brwi, nie moja sprawa" XDDDD Bardzo słuszna zasada.
    Świat pełen smutku, transcendendencji i ambiwalencji. Po prostu święte słowa, Ryszardzie. Ogólnie całe przemówienie wypadło bardzo godnie i podniośle, gdyby nie to małe faux pas w temacie Freundowego potomka. Ale kto by się tym przejmował. Prędzej czy później i tak by się wydało.
    Nie wiem, czy oglądałaś "Friends", ale kiedy Srafciu wkroczył na rocznicową imprezę z gęsią pod pachą, skojarzył mi się z Joey'em, który mieszkał z kaczką i kurczakiem. I też był tym najgłupszym przyjacielem. Ciekawy przypadek.
    Rozumiem, że Welliś, dziecko słońca, również zostanie tatuśkiem? Młode to, głupie, zdarza się. Ale jak się bobasem zajmie taka banda nianiek podejrzanej jakości, to dopiero będą jaja XD i ja się tego nie mogę doczekać, bo muszę szczerze przyznać, że brakowało mi takich Twoich cudownie absurdalnych historyjek <3
    A w ogóle to pisanie tego typu tekstów w trakcie roku akademickiego bardzo dobrze odpręża i relaksuje, więc proszę mi się tego nie wstydzić!

    OdpowiedzUsuń