I jeszcze drugi nieszczęśnik! Chłoptaś, który sprytnym uśmieszkiem,
potrafi zwijać porządnym ludziom (czyli
mnie) sprzed nosa piękne dziewczyny. Dziękuję
za takie towarzystwo!
W każdym razie przyleźli. W towarzystwie jakiejś laski... Albo raczej
baby pod pięćdziesiątkę. Statecznie ubranej, brzydkiej i z toną papierów w łapach.
Więc ponieważ kieruję się w życiu zasada iż lepiej zapobiegać niż leczyć,
postanowiłem zabrać głos.
- O nie – wrzasnąłem (po angielsku) – to jest zamknięte przyjęcie, a nie
jakaś jadłodajnia dla przygłupów. Severin zapłacił za prowiant dla określonej
liczby gości. I nikt już mi więcej nie wmówi, że jest Hayboeckiem, jego dziewczyną,
babcią albo królikiem.
- Nie dość, że nie zabrał mnie na wakacje, to jeszcze nie powiedział mi,
że ma królika? – przerwał Srafciu płacząc już całkiem donośnie – a ja naprawdę
starałem się nie być uciążliwy. Próbowałem gotować, sprzątać, robić im
śniadanie do łóżka. Bo ja nie chcę mieszkać sam. I nie chcę wracać do mamy, no
wiecie nie wypada mi...
- Kraft...
- W dodatku ten Tande patrzy na moją Michi jak jakiś pedofil! Nie dam mu
jej zjeść. Całkiem możliwe, że tylko ona mi zostanie. Zatrzymamy się na dworcu,
może przynajmniej bezdomni nas
polubią...
- Czy Wellinger jednak dał mu alkohol? – jęknął Sevi, po czym spojrzał
pytająco na Norwegów.
- Ta pani jest adwokatem – próbowała się wytłumaczyć jedna z tym kreatur
– przyjechała do nas z daleka i zażądała kontaktu do Andreasa. Więc ją
przywieźliśmy...
Patrzcie kurde jaki elokwentny się
znalazł. Byłem pewien, że tak naprawdę znowu przywlókł się do Niemiec by mnie
upokorzyć i poderwać jakąś piękność, która mnie nie chciała!
- Ja nic nie zrobiłem – przeraził się tymczasem Wanki – no dobrze, kiedyś
wywróciłem śmietnik na lotnisku w Lillehammer. To naprawdę było niechcący. I
pragnąłem posprzątać... Tylko, że cholera wypadły z niego dziecięce pieluszki,
a ja nie miałem rękawiczek jednorazowych, więc poszedłem do kiosku, a w tym
czasie...
- Andi... – poklepałem go po ramieniu –
obawiam się, że tu nie chodzi o Ciebie, tylko o nasze cielę – przeniosłem wzrok
na feralną kobietę (mógłbym dodać, aby
było poetycko, że w czarnym żakiecie, ale kurde przecież wiadomo, że nie w
bikini) – proszę pani to naprawdę był czyn o niskiej szkodliwości
społecznej. Andreas akurat był pijany... No teraz też akurat jest, mały zbieg
okoliczności... Ale nic nie zostało zniszczone. Zresztą minęło wiele czasu,
prawie dwa lata, a ta nieszczęsna gęś... – przerwałem, bo zauważyłem, że
babsztyl ma minę podobną do sevciowej teściowej podczas mojej wybitnej
przemowy.
Ogółem wyglądała jak jakiś sobowtór tego istnego
koszmaru. Co trochę zbiło mnie z tropu. Choć i tak byłem święcie przekonany, że
to ten cały Forfang doniósł na Welliśka do prokuratury (po to by zrobić ze mnie
Marinusa imprezy, ale już wam chyba mówiłem, iż ów pan żyje w jednym celu – w
celu zdołowania mnie).
Miałem nadzieję, że moja mowa obronna
wystarczy do umorzenia sprawy (tym razem
nie użyłem żadnego archaizmu!), ale zamiast adwokatki odezwał się gryzoń.
- Andi nie jest niczemu winny. To ja
wyniosłem Michi z zoo. I czuję się dumny ze swojego czynu – tupnął nogą - była
mała, bezbronna, wyłysiała, zagłodzona, inne pisklęta brutalnie ją dziobały...
A teraz proszę spojrzeć jaka piękna. Opiekuje się nią najlepszy weterynarz w
Austrii, chodzi do salonu pielęgnacji dla psów, gdzie czeszą jej piórka, robi
postępy, cudownie i głośno gęga... Tylko dziewczyna Michaela jej nienawidzi, ale
Wanki mówi, że jak wezmą ślub to przestanie, więc luzik, ja mam już plan. Lecz
jeśli naprawdę chcecie zamykać ludzi w więzieniu, za uratowanie życia
bezbronnej istoty, to proszę zamknijcie mnie, a Andiego zostawcie w spokoju.
- Nawet mama już mi wybaczyła ten wybryk z
kradzieżą – uzupełnił z podłogi główny zainteresowany – kazała mi tylko iść do
spowiedzi. I poszedłem, bo ja zawsze słucham mamy...
Matko
Boska xdeistyczna, on był bardziej pijany niż w Planicy na zakończenie sezonu. A
serio myślałem wtedy, że gorzej już być nie może!
No
a co do Srafcia... Patrzcie, może głupi, ale przynajmniej szlachetny. Nie to co
Forfang. Wiecie, że ten gościu pojawił się w domu Seva w skórzanej kurteczce!?
To ja jestem pierwszym skoczkiem, który nosił skórzane kurtki. Więc nikt inny
nie ma prawa tego robić bez mojej wiedzy i zgody! Zaczynałem już kombinować
nawet czy nie pozwać go do sądu za plagiat wizerunku. Oko za oko, ząb za ząb.
- Proszę panów o powagę – sobowtór teściowej
rudego pierwszy raz zabrał głos– przyjechałam tu aż z Australii i gwarantuję, iż
moja klientka zapłaciła mi grube pieniądze, aby nie uszło to panów koledze na
sucho. Nasze oczekiwania są jasne...
- Ale jaka Australia – parsknął Wanki –
pani myśli, że nasz Welliś w ogóle wie gdzie coś takiego jest? Mamy do
czynienia z jakimś koszmarnym nieporozumieniem.
- Ona reprezentuje tą laskę, która robiła
mojej drużynie zdjęcia w Korei – norweska parówka zbliżyła się do nas, szepcząc
swoje (niestety nie) kłamstwka, sztucznie troskliwym tonem –
wzięliśmy ją ze sobą na ową imprezę, na którą Richard nas zaprosił, w ramach zacieśniania
więzi...
Macie w życiu czasem tak, że chcecie
rzucać kurwami? Bo nagle zupełnie niespodziewanie wypływa na wierzch coś, o
czym dawno sami już zapomnieliście? Całe lato drżałem, że Sev i Żyrafa dowiedzą
się, iż olałem Welliśka tamtej nocy. I że to wcale nie Geiger wpuścił do nas
Norwegów. A na jesieni wyluzowałem, bo ileż można osłabiać brwi jednym
zmartwieniem?
Widać ten pomyleniec poza laskami
postanowił mi zabrać jeszcze przyjaciół!
- Serio się zaniepokoiliśmy. Więc przywieźliśmy ją do Niemiec. Andi był
wtedy z nami, więc naprawdę jeśli mogę wam jakoś pomóc...
Niech mnie coś trzyma! Serio. Jeżeli
on chce nam w czymkolwiek pomóc to ja jestem prawiczkiem! Tyle w temacie.
- I nasz Welliś znowu coś ukradł? – jęknął Wanki – nie wiem... Tusz do
rzęs? Wkładki higieniczne? Chusteczki do nosa? Co jeszcze kobiety noszą w torebce?
My oddamy, nawet w nadmiarze...
- A ja się dołożę – dodał pełen zapału Srafciu.
Nie lubię wzruszeń. Jestem twardy i seksowny.
Ale serio mega mnie rozczula, jak skoczna brać (pomijając podły lud północy) jednoczy
się we wspólnych sprawach. Owszem, stanowimy mieszankę skrajności. Niektórzy są
tępi jak wiewióra, inni niedojrzali jak Żyrafa, a jeszcze inni mądrzy i
roztropni niczym ja sam. A jednak potrafimy pokazać się światu jako jedna
wielka rodzina! Której nic nie złamie. Chyba...
- Moja klientka niedawno urodziła – kobita wreszcie przeszła do rzeczy,
bo do tej pory jedynie wybałuszała te swoje ślepia z zezem (zupełnie jakbyśmy byli nieuprzejmi i jej przerywali!)
– nadmienić muszę, iż jest ona osobą często podróżującą, rzadko bywającą w
domu, a co za tym idzie potrzebującą środków na własne życie. Żąda więc aby pan
Andreas zaopiekował się swoim dzieckiem.
Że kim? Nie wiem czy bardziej powalił
mnie ten news, czy fakt, iż ktoś nazwał Welliśka ‘panem’.
- W przeciwnym razie, jak kazała przekazać, puści go z torbami. A
gwarantuję, ma wiele ścieżek prawnych, na których może to uczynić.
- Przepraszam bardzo – jęknął po raz kolejny Severin – naprawdę nie dało
się wybrać gorszego momentu na takie kiepskie żarty? Zaraz tu będą moi
schorowani dziadkowie, wujek z drugiego końca kraju, siostra z rocznym
synkiem... Naprawdę nie chcę aby spotkali w drzwiach osobę podającą się za
adwokata.
- Siostrzeniec pana obchodzi, tak? A mała Delfina to już co?
- Przepraszam bardzo kto?
- Córka mojej klientki – zirytowała się wariatka – i Andreasa Wellingera,
który był tak pijany, że nie raczył jej nawet poinformować jak się nazywa.
Gdyby nie miała kontaktu z tymi uczciwymi sportowcami, którym robiła zdjęcia –
wskazała na kreatury – nigdy by się nie dowiedziała, kto jest tatą Delfinki. Była
przekonana, że to jakiś chłopaczek sprzedający precle. A nie mistrz olimpijski
– dodała z pogardą.
Co jest do cholery złego w
sprzedawaniu precli? Nawet ja nie mam nic przeciwko, choć prawie zostałem
znanym lekarzem. Ale wracając do tematu... Kim trzeba być żeby nazwać tak
dziecko? Jakąś totalną psychopatką (Choć przyznaję pamiętam, że biust miała
niczego sobie). Nie wyobrażam sobie gorszego imienia dla dziewczynki... No...
Chyba że istnieje forma Marinusa, Marinusława czy tym podobne (a dzięki Bogu
nic mi o tym nie wiadomo).
- Andi ukradł deflina? – Wanki nadal najwyraźniej nic nie rozumiał – z Kraftem?
W takim razie my go zaraz oddamy do basenu, w sensie delfina, a nie Krafta. No
bo szanujmy się, na gęś to można jeszcze przymknąć oko. Natomiast delfin? Nawet
gdzie trzymać go nie ma.
- Mnie tam nie było – wyjaśnił cicho gryzoń – ale jeżeli to wam w czymś
pomoże to mogę wszystkich okłamać, że byłem.
Zaczynałem się bać, iż on liczy, że to
my go przygarniemy...
A Severin chyba bał się jeszcze bardziej. Z tym, że nie wiewiórek ułomnych. Bo z pokoju akurat wyszła jego
mama. Z przerażeniem pytając, co adwokat robi w ich mieszkaniu.
- Andi został ojcem – westchnął biedny rudzielec, widać nie mając już
siły na wymyślanie jakiś wielce mądrych historyjek (a mógł oddać mi głos, bo zawsze mam kilka genialnych na podorędziu).
- Andi? – usłyszałem głos pełen przerażenia i niedowierzania.
- W sensie nie ja – Wanki próbował rzucić coś pocieszająco, ale raczej
tylko pogorszył sytuację.
- Z tą dziewczynką? – rodzicielka poczciwca niespokojnie wskazała na
Tande.
- Nie mamuś – zaprotestował Freund – to nie jest dziewczynka. To tylko
Andre... Johann, Daniel... – przerwał – Boże ja właściwie nie wiem już co to
jest.
I poszedł biedny przepraszać krewnych i odwoływać rodzinną uroczystość.
_____________________
Tak jak mówiłam, po krótkim fragmenciku xD
Bawię się wordem pomiędzy przeprowadzką a przeprowadzką.
Za to jutro po roku przerwy wrzucę wam prawie 10 stron smętnego elaboratu :D Jeżeli ktokolwiek (poza moimi ukochanymi sadomasochistycznymi wariatkami <3) ma jeszcze na to siłę ^^
Za to jutro po roku przerwy wrzucę wam prawie 10 stron smętnego elaboratu :D Jeżeli ktokolwiek (poza moimi ukochanymi sadomasochistycznymi wariatkami <3) ma jeszcze na to siłę ^^