piątek, 31 sierpnia 2018

1. Wielkie czyny się czyni po winie.

Gdybym ja miał otworzyć te drzwi to generalnie bym ich nie otworzył. Tylko, że Sevi na nieszczęście nagle zaczął robić za idealnego gospodarza. I chwilę później w progu stały te dwie norweskie poczwary. Tak! Te najgorsze z najgorszych, które praktycznie nazywają się identycznie. Bo na przykład Stjernena bym zniósł. Przynajmniej imię ma niemieckie. Cywilizowane i z rodowodem. Ale owe kreatury? Tande. Pasztet z nieumytymi włosami, miną dewianta i podobno dziwnymi skłonnościami względem koni i pand.

I jeszcze drugi nieszczęśnik! Chłoptaś, który sprytnym uśmieszkiem, potrafi zwijać porządnym ludziom (czyli mnie) sprzed nosa piękne dziewczyny. Dziękuję za takie towarzystwo!



W każdym razie przyleźli. W towarzystwie jakiejś laski... Albo raczej baby pod pięćdziesiątkę. Statecznie ubranej, brzydkiej i z toną papierów w łapach. Więc ponieważ kieruję się w życiu zasada iż lepiej zapobiegać niż leczyć, postanowiłem zabrać głos.

- O nie – wrzasnąłem (po angielsku) – to jest zamknięte przyjęcie, a nie jakaś jadłodajnia dla przygłupów. Severin zapłacił za prowiant dla określonej liczby gości. I nikt już mi więcej nie wmówi, że jest Hayboeckiem, jego dziewczyną, babcią albo królikiem.

- Nie dość, że nie zabrał mnie na wakacje, to jeszcze nie powiedział mi, że ma królika? – przerwał Srafciu płacząc już całkiem donośnie – a ja naprawdę starałem się nie być uciążliwy. Próbowałem gotować, sprzątać, robić im śniadanie do łóżka. Bo ja nie chcę mieszkać sam. I nie chcę wracać do mamy, no wiecie nie wypada mi...

- Kraft...

- W dodatku ten Tande patrzy na moją Michi jak jakiś pedofil! Nie dam mu jej zjeść. Całkiem możliwe, że tylko ona mi zostanie. Zatrzymamy się na dworcu, może przynajmniej bezdomni  nas polubią...

- Czy Wellinger jednak dał mu alkohol? – jęknął Sevi, po czym spojrzał pytająco na Norwegów.

- Ta pani jest adwokatem – próbowała się wytłumaczyć jedna z tym kreatur – przyjechała do nas z daleka i zażądała kontaktu do Andreasa. Więc ją przywieźliśmy...

Patrzcie kurde jaki elokwentny się znalazł. Byłem pewien, że tak naprawdę znowu przywlókł się do Niemiec by mnie upokorzyć i poderwać jakąś piękność, która mnie nie chciała!

- Ja nic nie zrobiłem – przeraził się tymczasem Wanki – no dobrze, kiedyś wywróciłem śmietnik na lotnisku w Lillehammer. To naprawdę było niechcący. I pragnąłem posprzątać... Tylko, że cholera wypadły z niego dziecięce pieluszki, a ja nie miałem rękawiczek jednorazowych, więc poszedłem do kiosku, a w tym czasie...

- Andi... – poklepałem go po ramieniu – obawiam się, że tu nie chodzi o Ciebie, tylko o nasze cielę – przeniosłem wzrok na feralną kobietę (mógłbym dodać, aby było poetycko, że w czarnym żakiecie, ale kurde przecież wiadomo, że nie w bikini) – proszę pani to naprawdę był czyn o niskiej szkodliwości społecznej. Andreas akurat był pijany... No teraz też akurat jest, mały zbieg okoliczności... Ale nic nie zostało zniszczone. Zresztą minęło wiele czasu, prawie dwa lata, a ta nieszczęsna gęś... – przerwałem, bo zauważyłem, że babsztyl ma minę podobną do sevciowej teściowej podczas mojej wybitnej przemowy.



 Ogółem wyglądała jak jakiś sobowtór tego istnego koszmaru. Co trochę zbiło mnie z tropu. Choć i tak byłem święcie przekonany, że to ten cały Forfang doniósł na Welliśka do prokuratury (po to by zrobić ze mnie Marinusa imprezy, ale już wam chyba mówiłem, iż ów pan żyje w jednym celu – w celu zdołowania mnie).



Miałem nadzieję, że moja mowa obronna wystarczy do umorzenia sprawy (tym razem nie użyłem żadnego archaizmu!), ale zamiast adwokatki odezwał się gryzoń.

- Andi nie jest niczemu winny. To ja wyniosłem Michi z zoo. I czuję się dumny ze swojego czynu – tupnął nogą - była mała, bezbronna, wyłysiała, zagłodzona, inne pisklęta brutalnie ją dziobały... A teraz proszę spojrzeć jaka piękna. Opiekuje się nią najlepszy weterynarz w Austrii, chodzi do salonu pielęgnacji dla psów, gdzie czeszą jej piórka, robi postępy, cudownie i głośno gęga... Tylko dziewczyna Michaela jej nienawidzi, ale Wanki mówi, że jak wezmą ślub to przestanie, więc luzik, ja mam już plan. Lecz jeśli naprawdę chcecie zamykać ludzi w więzieniu, za uratowanie życia bezbronnej istoty, to proszę zamknijcie mnie, a Andiego zostawcie w spokoju.

- Nawet mama już mi wybaczyła ten wybryk z kradzieżą – uzupełnił z podłogi główny zainteresowany – kazała mi tylko iść do spowiedzi. I poszedłem, bo ja zawsze słucham mamy...



Matko Boska xdeistyczna, on był bardziej pijany niż w Planicy na zakończenie sezonu. A serio myślałem wtedy, że gorzej już być nie może!

No a co do Srafcia... Patrzcie, może głupi, ale przynajmniej szlachetny. Nie to co Forfang. Wiecie, że ten gościu pojawił się w domu Seva w skórzanej kurteczce!? To ja jestem pierwszym skoczkiem, który nosił skórzane kurtki. Więc nikt inny nie ma prawa tego robić bez mojej wiedzy i zgody! Zaczynałem już kombinować nawet czy nie pozwać go do sądu za plagiat wizerunku. Oko za oko, ząb za ząb.

- Proszę panów o powagę – sobowtór teściowej rudego pierwszy raz zabrał głos– przyjechałam tu aż z Australii i gwarantuję, iż moja klientka zapłaciła mi grube pieniądze, aby nie uszło to panów koledze na sucho. Nasze oczekiwania są jasne...

- Ale jaka Australia – parsknął Wanki – pani myśli, że nasz Welliś w ogóle wie gdzie coś takiego jest? Mamy do czynienia z jakimś koszmarnym nieporozumieniem.

- Ona reprezentuje tą laskę, która robiła mojej drużynie zdjęcia w Korei – norweska parówka zbliżyła się do nas, szepcząc swoje (niestety nie) kłamstwka, sztucznie troskliwym tonem – wzięliśmy ją ze sobą na ową imprezę, na którą Richard nas zaprosił, w ramach zacieśniania więzi...



Macie w życiu czasem tak, że chcecie rzucać kurwami? Bo nagle zupełnie niespodziewanie wypływa na wierzch coś, o czym dawno sami już zapomnieliście? Całe lato drżałem, że Sev i Żyrafa dowiedzą się, iż olałem Welliśka tamtej nocy. I że to wcale nie Geiger wpuścił do nas Norwegów. A na jesieni wyluzowałem, bo ileż można osłabiać brwi jednym zmartwieniem?



Widać ten pomyleniec poza laskami postanowił mi zabrać jeszcze przyjaciół!



- Serio się zaniepokoiliśmy. Więc przywieźliśmy ją do Niemiec. Andi był wtedy z nami, więc naprawdę jeśli mogę wam jakoś pomóc...



Niech mnie coś trzyma! Serio. Jeżeli on chce nam w czymkolwiek pomóc to ja jestem prawiczkiem! Tyle w temacie.



- I nasz Welliś znowu coś ukradł? – jęknął Wanki – nie wiem... Tusz do rzęs? Wkładki higieniczne? Chusteczki do nosa? Co jeszcze kobiety noszą w torebce? My oddamy, nawet w nadmiarze...

- A ja się dołożę – dodał pełen zapału Srafciu.

Nie lubię wzruszeń. Jestem twardy i seksowny. Ale serio mega mnie rozczula, jak skoczna brać (pomijając podły lud północy) jednoczy się we wspólnych sprawach. Owszem, stanowimy mieszankę skrajności. Niektórzy są tępi jak wiewióra, inni niedojrzali jak Żyrafa, a jeszcze inni mądrzy i roztropni niczym ja sam. A jednak potrafimy pokazać się światu jako jedna wielka rodzina! Której nic nie złamie. Chyba...



- Moja klientka niedawno urodziła – kobita wreszcie przeszła do rzeczy, bo do tej pory jedynie wybałuszała te swoje ślepia z zezem (zupełnie jakbyśmy byli nieuprzejmi i jej przerywali!) – nadmienić muszę, iż jest ona osobą często podróżującą, rzadko bywającą w domu, a co za tym idzie potrzebującą środków na własne życie. Żąda więc aby pan Andreas zaopiekował się swoim dzieckiem.



Że kim? Nie wiem czy bardziej powalił mnie ten news, czy fakt, iż ktoś nazwał Welliśka ‘panem’.



- W przeciwnym razie, jak kazała przekazać, puści go z torbami. A gwarantuję, ma wiele ścieżek prawnych, na których może to uczynić.

- Przepraszam bardzo – jęknął po raz kolejny Severin – naprawdę nie dało się wybrać gorszego momentu na takie kiepskie żarty? Zaraz tu będą moi schorowani dziadkowie, wujek z drugiego końca kraju, siostra z rocznym synkiem... Naprawdę nie chcę aby spotkali w drzwiach osobę podającą się za adwokata.

- Siostrzeniec pana obchodzi, tak? A mała Delfina to już co?

- Przepraszam bardzo kto?

- Córka mojej klientki – zirytowała się wariatka – i Andreasa Wellingera, który był tak pijany, że nie raczył jej nawet poinformować jak się nazywa. Gdyby nie miała kontaktu z tymi uczciwymi sportowcami, którym robiła zdjęcia – wskazała na kreatury – nigdy by się nie dowiedziała, kto jest tatą Delfinki. Była przekonana, że to jakiś chłopaczek sprzedający precle. A nie mistrz olimpijski – dodała z pogardą.



Co jest do cholery złego w sprzedawaniu precli? Nawet ja nie mam nic przeciwko, choć prawie zostałem znanym lekarzem. Ale wracając do tematu... Kim trzeba być żeby nazwać tak dziecko? Jakąś totalną psychopatką (Choć przyznaję pamiętam, że biust miała niczego sobie). Nie wyobrażam sobie gorszego imienia dla dziewczynki... No... Chyba że istnieje forma Marinusa, Marinusława czy tym podobne (a dzięki Bogu nic mi o tym nie wiadomo).



- Andi ukradł deflina? – Wanki nadal najwyraźniej nic nie rozumiał – z Kraftem? W takim razie my go zaraz oddamy do basenu, w sensie delfina, a nie Krafta. No bo szanujmy się, na gęś to można jeszcze przymknąć oko. Natomiast delfin? Nawet gdzie trzymać go nie ma.

- Mnie tam nie było – wyjaśnił cicho gryzoń – ale jeżeli to wam w czymś pomoże to mogę wszystkich okłamać, że byłem.



Zaczynałem się bać, iż on liczy, że to my go przygarniemy...



A Severin chyba bał się jeszcze bardziej. Z tym, że nie wiewiórek ułomnych. Bo z pokoju akurat wyszła jego mama. Z przerażeniem pytając, co adwokat robi w ich mieszkaniu.

- Andi został ojcem – westchnął biedny rudzielec, widać nie mając już siły na wymyślanie jakiś wielce mądrych historyjek (a mógł oddać mi głos, bo zawsze mam kilka genialnych na podorędziu).

- Andi? – usłyszałem głos pełen przerażenia i niedowierzania.

- W sensie nie ja – Wanki próbował rzucić coś pocieszająco, ale raczej tylko pogorszył sytuację.

- Z tą dziewczynką? – rodzicielka poczciwca niespokojnie wskazała na Tande.

- Nie mamuś – zaprotestował Freund – to nie jest dziewczynka. To tylko Andre... Johann, Daniel... – przerwał – Boże ja właściwie nie wiem już co to jest.



I poszedł biedny przepraszać krewnych i odwoływać rodzinną uroczystość. 
                                 _____________________
Tak jak mówiłam, po krótkim fragmenciku xD
Bawię się wordem pomiędzy przeprowadzką a przeprowadzką.
Za to jutro po roku przerwy wrzucę wam prawie 10 stron smętnego elaboratu :D Jeżeli ktokolwiek (poza moimi ukochanymi sadomasochistycznymi wariatkami <3) ma jeszcze na to siłę ^^

piątek, 17 sierpnia 2018

0. Zaczęło się od gęsi.


Generalnie wszystko przez tą wiewiórę. 

Może ktoś powie, że jestem uprzedzony. I że szykanuję go, bo jest brzydki, krępy i ma krzywe zęby. Ale nie. Gówno prawda. Jeśli trzeba wam na to dowodów to w końcu taki Eisenbichler przykładowo jest jeszcze brzydszy, a w dodatku byłby idealną twarzą reklamy zakładu poprawczego. A jednak nie mam zamiaru go oskarżać. Bo nic nie zrobił. W przeciwieństwie do naszego kurdupelka. I takie są fakty. Więc proszę mnie nie wyzywać od rasistów, nazistów... Nie, nic z tego nie pasuje. Powiedzmy od sraftystów.

Jestem inteligentnym człowiekiem i kręci mnie słowotwórstwo.

Wracając do tematu. Nie pomyślcie sobie, że to Srafciu zabrał Wellingę na dziwki. Nie, nic z tych rzeczy. Wątpię czy Srafciu w ogóle zna słowo dziwka. On tylko namówił go, po dekoracji na Mistrzostwach Świata w Lahti do włamania się do mini zoo i kradzieży po pijaku jednej fińskiej gęsi. Ale to był impuls. Pierwszy zły uczynek, w życiu naszego małego, niewinnego Andreaska. Pierwsze zbrukanie tego płochego serduszka. To, które rok później pociągnęło za sobą całą lawinę zdarzeń.
Więc reasumując. Gdyby Wellinga się nie stoczył, to Sevi i Wank nie truliby mi przed wyjazdem do Korei, żebym pilnował w jakim towarzystwie ten ciołek się obraca. Idąc dalej, gdybym nie dbał o towarzystwo dla niego, nie przyszłoby mi do głowy zaproszenie na imprezkę po drużynówce Simona Ammanna. Gdyby nie Simi to nie znaleźliby się w naszej cywilizowanej niemieckiej siedzibie, ci paskudni, żądni krwi Norwegowie. A gdyby ich nie było, nie miałby kto wmówić wstawionemu Stephanowi Leyhe, (czy jak się go odmienia, nie wiem jak można mieć nazwisko, które kończy się na E, ale w sumie powtarzam sobie od dziecka – nie moje brwi, nie moja sprawa) że jego dziewczyna zdradza go z Nochalem. Chłopak by się nie załamał i nie zaczął płakać gorzej niż krowa z mojego umiłowanego, rodzinnego Ferienhaus w czasie dojenia. A przez te bezmyślne ćwoki zaczął. I w cholerę się go nie dało uspokoić. Więc jako człowiek szlachetny, gotowy aby dźwigać cały upadły świat współczesny na jednym małym wąsie (którego już ogoliłem ani ciiiii), zatargałem go do hotelu. Zapominając o Wellindze. I zostawiając ową niewinną owieczkę, ssącą jeszcze metaforyczne mleko matki (Jezu, pierdolę jakbym był rudy i pijany), na pastwę skandynawskiego narodu upadłego.

Potem noc potoczyła się... Jak się potoczyła. Stephek zalulał, mi trafiło się naprawdę genialne towarzystwo (ale o tym należy milczeć przy Severinie, oficjalnie do świtu ratowałem ludzkość)... A Andiś zmaterializował się rano na wycieraczce. Cały i żywy. Tym razem bez żadnej zwierzyny łownej, nic nie pamiętający, no a przede wszystkim bez Krafta, który poprzedniego wieczoru wrócił już do swojego dziwnego kraju, od wieków kradnącego nam język narodowy. To wszystko dało mi mocną nadzieję, że miniona noc nie będzie miała żadnych konsekwencji. Wycieraczkę wypraliśmy, a buty naszego serwismena, które nie nadawały się już do użycia (wiecie jak to jest, gdy nieodporny na uroki dorosłego życia dzieciak zbytnio zabaluje) wypieprzyliśmy przez okno, rozpowiadając wszystkim, iż widzieliśmy jak ukradł je miejscowy handlarz staroci. Schusterowi wmówiliśmy, że Welliś zatruł się ostrygami, a Freundowi i Żyrafie, że wyszliśmy z balangi zaraz po zrobieniu oficjalnych fotek i ostatnie godziny w Korei spędziliśmy na przyspieszonym kursie medytacji tybetańskich (to znaczy ja równolegle spędzałem je z Leyhe, ale nie bądźmy aż tak drobiazgowi). Uwierzyli. Wank nawiasem mówiąc, uwierzy we każdą bzdetę.
I zdawało się, że nam się upiekło.

Przez równe dziewięć miesięcy.

Powtórzę jeszcze raz. Może historia jest skomplikowana i wielowątkowa, ale generalnie wszystko przez Krafta.

Szkoda tylko, iż świat postanowił szukać winnego zupełnie gdzie indziej.

~~***~~
Listopad 2018
Mieszkanie Severina zawsze mnie przerażało. I nie chodziło nawet o to, że było w nim czysto. Generalnie to ja lubię porządek. Nie jestem jakimś zdegenerowanym obwiesiem (albo Marinusem Krausem, bo w głębi serca uważam, iż wychodzi na jedno), który trzyma w kuchennych garnkach brudne bokserki. Ale rudzielec zawsze musi mieć starte kurze. I układa kosmetyki na półkach! Powiedzcie mi na jaką cholerę układać kosmetyki? Gdziekolwiek! Przecież najlepiej jest gdy leżą sobie luźno i pod ręką. Na przykład w umywalce. Niestety niektórym nie da się wytłumaczyć swoich praktycznych racji.
W każdym razie... Siedzieliśmy we freundowym salonie. Ja, Wanki i lekko zawiany już Welliś. Wszyscy odświętnie ubrani, w gryzących w szyję koszulkach i z obciętymi paznokciami.
Muszę tu nadmienić, że nasz kumpel co roku (a więc już od lat dwóch) organizuje piekielnie nudne uroczystości z okazji rocznicy swojego ślubu. I zamierza to robić nadal, co bardzo mnie martwi, bo kocham go jak brata, ale jak pomyślę, że czeka mnie jeszcze z pięćdziesiąt podobnych stypopodobnych wieczorów... No nic. Zawsze mogę mu następnym razem powiedzieć, że akurat dostałem nieżytu żołądka. Albo, że Wellinga dostał. Lubię zwalać winę na to cielątko.
 I już przechodzę do rzeczy, dodam tylko jeszcze, iż Freundzio mimo wielkiego serca, nie jest szczególnie biegły w planowaniu. Skoro chce fetować, że się hajtnął to ja to doskonale rozumiem. Tylko czemu do cholery nie mógłby urządzić dwóch przyjęć? Jednego dla matek, ciotek i innych klotek. A drugiego dla nas. Jako kulturalni ludzie przyszlibyśmy, zaśpiewali sto lat, wręczyli jego Caren mikser czy inne sitko w prezencie (nie jesteśmy w końcu prostakami i chamami (niczym Marinus, kupujący pewnie ludziom na takie okazje odkurzacz), a poza tym to jedyna dziewczyna w życiu któregokolwiek z nas, która nie okazała się wariatką), porwali Seva na mecz Bayernu, a ona by sobie w spokoju wypróbowała podarunek. Potem byśmy wrócili, zadowoleni, z piwkiem w brzuchach i zjedli ciasto, powstałe dzięki naszej hojności (przy okazji sprawdzając, czy mikser nie był wybrakowany, bo dzisiejszym producentom AGD nie wolno ufać dosłownie w żadnej kwestii). Zajebiście, co?

Ale nie. Mogłoby być tyle radości ile pustych butelek w Planicy, a jest jej tyle co kobiet w sypialni Eisenbichlera. Rudy zorganizował jedną imprezę! W dodatku po raz drugi z rzędu sadzając mnie pomiędzy swoją mamusią, a teściową. Choć kurde wie jak bardzo boję się tej ostatniej. Serio, podziwiam Wellingę, że ma odwagę sączyć przy niej drinki. Ja bym nawet radlerka do ręki nie wziął (choć jestem małym rycerzem, wielkim swoimi brwiami). Przecież owa baba zasugerowała kiedyś, że Sevi jest niewychowany i obraca się w złych kręgach. Sevi! Więc cóż do cholery myślała sobie o mnie?

Chyba nie chcę tego wiedzieć.

W każdym bądź razie tego wieczoru, wszystko miało się zmienić. Bo wymyśliłem w cholerę oryginalny prezent rocznicowy dla państwa Freundów. Łączyło się to owszem, z pozostawieniem na lodzie obu Andreasów, którzy zarządzili, że składamy się na patelnię, ale trudno. Obrona elokwencji Severina i całej skocznej braci była ważniejsza.
Postanowiłem wygłosić przemowę. Płomienną, staroświecką, do bólu romantyczną i taką, która wzruszy wszystkich tych dennych, podstarzałych krewnych mojej ulubionej parki, gdy będą ją sobie oglądać wieczorami na kasetach wideo (bo nie miałem żadnych wątpliwości, że zostanie nagrana z paru ujęć)! Serio. Kilka godzin spędziłem w bibliotece nad słownikiem archaizmów, wypisując sobie różne niezrozumiałe wyrazy, dziewoje w alkowach i inne. Im coś brzmiało bardziej pretensjonalnie tym lepiej. A rano w dniu przyjęcia, wpadłem na takiego newsa, iż byłem pewny, że żadne gotowce nie są mi już potrzebne. Słowa same miały polecieć z ust.

Tyle, że dostałem tremy. Tak wielkiej jak krok w kombinezonie Johanna Andre Forfanga. Więc zdecydowałem się nie czekać, na pojawienie się całej dalszej rodziny, tudzież Schustera (bo gość pewnie stwierdziłby, że jestem równie podpity co Welliś). Odważnie wstałem, odruchowo podkręciłem wąsa, którego już nie mam i zacząłem.
- Najsłodsi zgromadzeni. Jak wiemy żyjemy w świecie pełnym smutku, transcendencji i ambiwalencji (nie wiem co znaczą te dwa ostatnie słowa, ale stwierdziłem, iż brzmią odpowiednio negatywnie i podniośle). Codzienność przepełniona jest łzami na tym ziemskim dołku (w słowniku była forma ‘łzy ziemskiego PA-DOŁU’, z tym iż przecież nie będę się żegnać z jakimiś dołami, skoro dopiero zacząłem przemawiać. A wersja dołek brzmiała bardziej przyjaźnie i pasowała do radosnych tematów, do których planowałem za moment przejść).
- Richard, wszystko w porządku? – Wanki wszedł mi w słowo, ale nie zamierzałem dać sobie przerywać.
- Jakże wielka radość przeszywa więc moje serce, gdy dzieją się rzeczy proste i uczciwe. Szczere i zgodne z klasycznym systemem radości – wziąłem głęboki wdech – a więc najmilsi... Za dziewięć miesięcy pojawi się na świecie potomek mojej ukochanej pary przyjaciół. Małe niewinne, dobre i szczere dziecię (tą formę ‘dziecię’ to akurat wziąłem z kolędy, ale nie było jak tego rozwinąć, bo przecież nie mogłem dodać, że w żłobie).
Sevi patrzył na mnie jak na debila, a jego wybranka zzieleniała ze wściekłości. Uznałem jednak, że to zwykłe ciążowe mdłości, które nie powinny zakłócać tej podniosłej chwili.
- Życzę wam, aby było mądre i roztropne. Aby skończyło z wyróżnieniem Harvard, Oxford czy inną szkołę wyższą w Pcimiu Dolnym, bo przecież liczy się, żeby mieć wykształcenie, a w dodatku w Pcimiu Dolnym sprzedają bardzo dobre parówki. Dbajcie o nie jak o siebie samych. Powinniście na przykład wrzucić z sypialni ten wielki telewizor z opcją 3D. Pomyślcie jak bardzo mógłby on naświetlić maleństwo. Ale bez obaw, możecie przechować go u mnie...

O dziwo wszyscy zgromadzeni przy stole, oprócz mocującego się z korkociągiem Andiego, zaczęli szeptać półsłówka, sugerujące mi, że zwariowałem.

- Skąd wiedziałeś...? – zaczęła drżącym głosem Caren.
No jak to skąd? Pomagałem Severinowi sprzątać łazienkę. I w pewnym momencie polałem sobie detergentem brew. Cholernie się przestraszyłam, iż najpiękniejszy z regionów mojego ciała ulegnie wyblaknięciu lub przerzedzeniu, więc szybko zacząłem grzebać w szafce, w poszukiwaniu jakiejś odżywki wzmacniającej do włosów. (Co? Brwi to też włosy, tylko po pierwsze piękniejsze. A po drugie mniej doceniane). No. Jednak zamiast odżywki znalazłem ten nieszczęsny test ciążowy. I mega się zdziwiłem, iż przyjaciel mi nie powiedział. Ale zaraz go sobie usprawiedliwiłem. Pewno zapomniał, powiadomił jakiś żałosnych randomowych krewnych przede mną, a teraz się bał, że mnie skrzywdził i oskarżę go o brak miłości względem siebie. Nic z tych rzeczy! Planowałem zachować się z klasą, wplątując gratulacje do przemowy. I chciałem, żeby było super, hiper, picuś, glancuś czy jak tam jeszcze wypowiada się to prymitywne pokolenie Wellingi.
Tyle, że kurde wyszło na to, iż rudy sam jeszcze o niczym nie wiedział.

Ups. Chyba powinienem mieć w kieszeni  taki mały przycisk, który powodowałby rozpylenie się nad moimi ukochanymi brwiami ochronnej mgiełki wstydu, gdy tylko zajdzie taka potrzeba.

- Chciałam zabrać dziś Seviego na bok. Powiedzieć mu wszystko w romantyczny, dyskretny sposób. A potem wrócić do stołu i podzielić się nowiną z najbliższymi... – pani domu rozżalona wybiegła do przedpokoju, ciągnąc za sobą korowód matek, babci i kuzynek. I serio poczułem się już jak dureń. Próbowałem przekonać sam siebie, że jest okej. Mogą w końcu ogłosić swoje szczęście osobiście tej
części familii, która pojawi się dopiero na kolacji. A jeśli jeszcze będzie im mało to sąsiadom. W ostateczności jest opcja wzięcia książki telefonicznej i dzwonienia z newsem na losowe numery.

Więc... Tak jakby nic się nie stało?

Sam już nie wiedziałem. Przytłaczała mnie głucha cisza, która zapadła i mina Severina, patrzącego na mnie jakbym zabił mu świnkę morską. Bogu dzięki był z nami Wanki. Radosny, zapłakany, tulący wszystko co się rusza i gadający o cudzie życia. Powiem wam, iż wspaniale mieć takiego kumpla. Po prostu będącego sobą. Plus na porządku dziennym przemilczającego wasze drobniutkie wpadki...

Amen. 
~~***~~


Piętnaście minut później Żyrafa nadal biegała wokół stołu, Sev próbował się dostać do sypialni (ale nie został wypuszczony), a Welliś nalewał wszystkim wódki, którą potem sam wypijał. I w tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi. Tak ujadliwie, że od razu wiedziałem, że to nie może być żaden członek freundowej rodzinki.

Pomyślałem sobie, iż za progiem czyha jakieś niezłe nieszczęście.
Ale nieszczęście dopiero miało się przywlec. Na razie na klatce schodowej sterczała tylko jego zapowiedź. Mianowicie... Srafciu. Trzymający w dłoni swoją zawiniętą w kocyk gęś. Tak. Tą samą, którą ukradli z Andim w Finlandii. Pamiętam, że pracownik zoo wezwał aż wtedy policję. Funkcjonariusze nie mogli jednak uwierzyć w oryginalność sposobu, w jaki podwójny mistrz z podwójnym wicemistrzem świata, postanowili świętować swój sukces. Odmówili przejrzenia monitoringu, po czym zbadali biednego człowieka (próbującego powiedzieć im prawdę) alkomatem. Gdy zaś maszynka wskazała wynik 0 promili, orzekli iż jest zepsuta.

- Przyjechaliśmy – wykrzyknął tryumfalnie wiewiór – kupiłem wam nawet czekoladki na rocznicę. Dużo szczęścia, zdrowia, miłości, wnuków i małych kotków – wziął głęboki oddech, wypuszczając jednocześnie tego obrzydliwego ptaka na dywan - mam nadzieję, że nie jestem spóźniony na kolację?
- Nie jesteś – zrezygnowany Sevi starał się przybrać najdelikatniejszy ton, na jaki było go stać –  problem w tym, że Ty w ogóle nie byłeś zaproszony.
Super. Wchodzi intruz z pogniecionym Rafaello, pieprzy o kotach, które przenoszą toksoplazmozę, podczas gdy w domu jest nienarodzone dziecko i wszyscy są dla niego milutcy. A ja? Staram się, przemowy wygłaszam i wychodzę na jakiegoś zbrodniarza.

Trzeba było urodzić się ułomnym.

- No wiem, że nie byłem. Ale Michael był. Z dziewczyną, bo ona się lubi z severinową Caren – zaczął objaśniać szczurek (i tym razem nie kłamał. One faktycznie się zakolegowały. Ostatnio na LGP w Klingenthal stały nawet razem i czytały oburzającą broszurkę pod tytułem ‘jak pozbyć się z domu kumpli swojego faceta’. Ja jeszcze rozumiem tą hayboeckową. Gryzoń bywa irytujący nawet w trakcie oczekiwania na skok. Więc wyobrażacie sobie jak nie do zniesienia musi być, gdy napotykasz go w swoich własnych czterech ścianach? Bo ja osobiście nie.
Ale Caren? Srafciu przecież nigdy wcześniej ich nie odwiedził. Wiem to z całą pewnością, bo statystycznie bywam u nich codziennie. Więc z czym ona ma problem? Zabezpiecza się na przyszłość czy studiuje takie bzdety dla towarzystwa?).
- To nie jest wytłumaczenie dlaczego tu jesteś – zauważyłem stanowczo.
- No bo oni pojechali do Tajlandii. I nie wzięli mnie ze sobą – głupol zaczął płakać – więc stwierdziłem, że skoro moja gąska też ma na imię Michi, to można nas podciągnąć pod to zaproszenie. Czyli ona wejdzie jako Hayboeck, a ja... No, wychodzi na to, iż jako partnerka. Ale nie pomyślcie nic sobie, po prostu...

Tak. Dobrze słyszeliście. Ta oferma ochrzciła imieniem swojego najlepszego i (pomijając Wellingę) jedynego przyjaciela, obrzydliwe zwierzę, które nie umie nawet skorzystać z kuwety. Wyobrażacie sobie coś takiego? Bo ja nie. To tak jakbym kupił hipopotama i nazwał go Severin!

W normalnej sytuacji bym durniowi przygadał. Ale wtedy wydał mi się jedyną nadzieją na trwałe odwrócenie uwagi od mojej mikroskopijnej wtopy. Zaprosiłem więc go do środka (samego, bo jego Michael zdążył doczłapać już go kuchni i wsadzić dziób do śledzi w śmietanie).
- W Tajlandii mieszka podobno najgrubsza chihuahua świata – wiewiórka marudziła nadal, z żalem spoglądając z stronę Wellisia, który wyraźnie pragnął ją ugościć jak należy, ale nie zostało mu już na szczęście nic odpowiedniego – tak strasznie chciałem ją zobaczyć, napaliłem się na ten wyjazd, wyrobiłem nawet mojemu skarbowi międzykontynentalną książeczkę zdrowia zwierzęcia, żeby nikt się do nas nie dopierdzielił na granicy... W dodatku kupiłem sobie tajski kapelusz i kalosze do zbierania ryżu z bagna. A oni co?
- Namów Michiego po prostu żeby się hajtnął – wtrącił Wank tonem tej wszechwiedzącej wiedźmy jakiejś tam (była taka w jednej bajce. Co prawda żyła na śmietniku, ale to wcale nie znaczy, że życzę Andiemu, aby został bezdomnym. Po prostu ton głosu ma podobny).
- Przecież to jeszcze bardzo młoda gęś – oburzył się Srafciu – co prawda od dłuższego czasu znosi już jajka (tak, nie mylicie się, Michael jest samicą), ale to nie powód, żeby od razu dopuszczać do niej jakieś rozpustne gąsiory.
- Mówię o Hayboecku.
- Co? Do niego też nie pozwolę dopuścić rozpustnych gąsiorów. Nawet po tym, jak nie wziął mnie na wakacje!
- Stefan, skup się!
- No skupiam - padło po dłuższej chwili - tylko co mi da ich ślub?

Wanki to najsłodszy stwór w naszej galaktyce, ale gdy łapie fazę eksperta od wszystkiego, to mam ochotę ostentacyjnie zatkać uszy.

- Przed ołtarzem kobieta wypowiada słowa ‘na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie’... To znaczy facet też je wypowiada, tyle że to teraz nieistotne. Tak czy owak, gdy owo zdanie wyjdzie jej z ust, to mechanicznie akceptuje różne mankamenty wybranka. W sensie te o których wie. Przykładowo choroby weneryczne...
- Ale przecież Michi nie ma...
- Mówię, że to był przykład! Równie dobrze można pod to podciągnąć odsiadkę więzienną...
- Albo bezpłodność – dodał bełkotliwie Welli.
- Nieistotne – rzucił szybko wielkolud, widząc przerażenie na twarzy Srafcia – chodziło mi o to, że kumpli też można. Poślubiając faceta, poślubiasz jego przyjaciół. Ot co. I u Seva przykładowo działa to super. Od dnia wesela Caren nie ma z nami najmniejszego problemu. To znaczy nie miała. Bo po tym co wywinął dziś Richard...

Nie zdążyłem spurpurowieć, gdyż w tym momencie stały się dwie rzeczy. Michi zaplątała się w worek na śmieci i zaczęła ujadliwie gęgać błagając o pomoc. A dzwonek zadzwonił ponownie.

I pięć minut później stało się jasne, iż ten wieczór przejdzie do historii. Ale bynajmniej nie z powodu mojej wybitnej przemowy.

_________________
#shameonme dziewczynki.
a jako, że pisałam to w czasie roku akademickiego to podwójne #shameonme