Trzy dni później serio wybraliśmy się do wellisiowej rodziny. W końcu nie mam na imię Marinus, żeby nie
dotrzymać słowa. No... To znaczy nie dotrzymuję go tylko wtedy gdy obiecuję
jakiejś lasce, że zadzwonię. Ale wtedy mi wolno, bo żadna dziewczyna nie chce
żeby ten pachołek do niej dzwonił, więc nie upodabnia mnie to do niego.
Lubię czasem zmobilizować się do głębokiej i
skomplikowanej refleksji. Musicie przywyknąć.
Mieliśmy pojechać z samego rana, spokojnie i bez nerwów, tylko, że na
nieszczęście nasz durny trener, nagle zatelefonował i zażyczył sobie widzieć
wszystkich następnego wieczoru w siedzibie związku. A wiecie, tu sztaby, tam
pierdoły, tam jakiemuś dupkowi nie podoba się wasz kontrakt z Nudossi… Czysty stres.
W dodatku na domiar złego ciągle taszczyliśmy ze sobą Krafta, bo Severin bał
się zostawić go samego w swoim mieszkaniu.
Też mi coś. Ja zostawiłem dwóch
Norwegów ulokowanych w Ferienhaus. Czaicie? Nie dość, że zbluźniłem kłamiąc mutti,
że to moi przyjaciele to jeszcze czekały mnie dwa tygodnie życia w ciągłym
strachu, iż Forfang wytrze się w mój ręcznik. Albo ukradnie mi dezodorant.
Powtórzę raz jeszcze. Ten typek zdolny
jest do każdej zbrodni.
W każdym bądź razie, Schuster przez telefon był bardzo tajemniczy.
Wyjaśnił nam tylko, że po raz kolejny chodzi
o Wellingę. Idąc do jej prymitywnego rodzinnego domku z cegły, wzięliśmy więc
sirotę pod nóż, chcąc wybadać czego możemy się spodziewać.
- Bo sztab mi kazał wczoraj spotkać się z psychologiem – wyszeptała
przerażona oferma – a ja nie chciałem, bo jeszcze by wyciągnęli ze mnie wątek
tego dziecka...
Chyba prędzej ja pożyczę norweskiej
parówce skarpetki, niż on przestanie marudzić, robiąc z siebie cierpiętnika bez
powodu.
- I?
- No powiedzieli mi, że mam się nie przejmować, że zaprosili kogoś kto
nas nie zna, kto w ogóle nie jest z Niemiec... Więc pomyślałem coś w stylu
‘jeden pies, nikt się nie dowie jak poślę jakiegoś ochotnika zamiast siebie’.
Sami mi podsunęliście podszywanie się pod innych tymi naukami przedmałżeńskimi.
No i Stefan się zaofiarował...
- Ja pierdolę – jęknąłem.
- Ty to się przynajmniej zabezpieczasz – odparł ponuro Severin – Kraft?
- Co? – zdziwiła się wiewiórka, prowadząca
swoją gęś na ozdobnej różowej smyczy, przyczepionej do szytego na miarę, równie
majtkowego w odcieniu kubraczka – ta pani psycholog była bardzo miła.
Wreszcie ktoś szczerze porozmawiał ze mną o moich problemach. Ale spoko, nic o
was nie mówiłem. Tylko o Stephanie Leyhe.
Święty z nim nie wytrzyma. Żyjemy w takim
tragicznym, pełnym zła świecie. Każdego dnia można zbankrutować, wpaść pod
samochód, złamać obie nogi albo poznać Tande. A ten zwija terapeutę Welliśkowi,
który naprawdę potrzebuje teraz, fachowego wsparcia i nawija mu o naszej
kadrowej lamie.
- Zwierzyłem się jej, że to strasznie smutne, że mu urosły piersi, po
tym jak Richard z nim spał. Nie mogłem się pozbierać odkąd mi o tym
opowiedzieliście, bo przecież ja też spałem kiedyś w jednym pokoju z Richardem.
I teraz boję się patrzeć w lustro, bo nie oszukujmy się i z męską klatą nie
jestem ósmym cudem świata, a jeśli któregoś poranka...
- Powiedziałeś nowej mentalnej prawej ręce trenera, że prowadzam się z
Leyhe? – wrzasnąłem.
- A co w tym złego? Mówiła, że każdy problem da się załatwić. Więc może nie
jest jeszcze za późno. Fundną mu jakąś terapię hormonalną. Czytałem o takiej na
stronie kliniki plastycznej...
- Co Ty robiłeś na stronie... – zaczął Wanki, jakby to miało teraz
jakiekolwiek znaczenie.
- Chciałem sobie wstrzyknąć botoks do nosa – mruknęła wiewióra z zapałem
– żeby mieć bardziej jędrny. Ale mi powiedzieli, iż warto zacząć od korekcji
operacyjnej szczęki. A potem się opamiętałem, bo przecież jestem głową rodziny.
Odpowiadam za Michi, którą muszę wykarmić. I za Michaela, którego muszę ożenić.
Nie mogę szastać kasą jak wolny strzelec.
Matka Teresa na miarę dwudziestego
pierwszego wieku. Patronka surowej gęsiny i bladych oferm.
- W ogóle dużo rozmawiałem z nią o tym ślubie, bo ja się bardzo
denerwuję, że coś nie wyjdzie, albo że przez przypadek wydrukujemy za dużo
zaproszeń dla Eisenbichlera. Tylko babka ciągle mówiła do mnie Andreas. I
wyszło na to, iż to Richi się żeni.
Ja mu chciałem wybaczyć tego Leyhe w
łóżku, serio. Ale zrobienie ze mnie jakiegoś niewydarzonego antykróla podrywu,
który od ośmiu lat nie umie urobić jednej kobiety? Serio, kto z was zna się na
biologii? Zdradźcie mi jakie zwierzę jest naturalnym wrogiem wiewiórek. Sęp?
Niedźwiedź polarny? Marabut? Antylopa gnu? Pojadę choćby na drugi kraniec
ziemi, żeby przywieść je do Niemiec.
Nawiasem mówiąc wyobraziłam już sobie kolejny wieczór. Będę siedział jak
na szpilkach przed Schusterem, plus tym jego asystentem z Norwegii (który pewno chodzi za mną krok w krok,
notuje moje złote teksty na podryw, a potem sprzedaje je Forfangowi. Jestem o
tym przekonany! Nie wierzę, żeby ów rozpieszczony ciołek kanapowy sam od siebie
wymyślił cokolwiek lepszego od ‘hej mała, mogę sprawdzić czy masz tyłek?’ –
rzuconego kiedyś przez pijaną Wellingę jednej Polce.
Tak! Z pewnością. Ja się będę tłumaczyć, ze Srafcia udającego krowę, a
paskudna parówka w dalszym ciągu panosząc się po Ferienhaus, zwinie dla odmiany
album z moimi zdjęciami z dzieciństwa. A potem będzie wciskał laskom w klubie,
że to on i że miał kiedyś takie piękne dołeczki w policzkach. Nie oszukujmy się, bez fałszywej skromności
każda na to poleci. Która kobieta, mająca w sobie choć trochę serca i wdzięku
nie pragnęłaby urodzić kogoś tak uroczego jak ja w wieku przedszkolnym?
Żadna. Myślę, że nawet taki Eisenbichler chciałby mnie urodzić. Ale jest
na tyle mało zdolny, iż nie umiałby urodzić nikogo. No chyba, że Marinusa.
Tak czy owak ostatecznie nie zabiłem gryzonia, bo właziliśmy już na
wellingerową posesję pełną ogrodowych krasnali w kolorze sraczki. Kurde, też mi ozdoba. Jeszcze tylko serio
tego karalucha, który trzyma w pokoju moje złoto z Soczi, do kompletu brakuje.
- Pamiętaj Richard – zaczął
Severin – nie możesz zastraszyć mamy Andreasa. Masz jej powiedzieć, że to była
dobra dziewczyna. Tylko... Tak wyszło.
- Ty, Sevi – krowa zrobiła błagalną minę, składając ręce – przecież
Twoja Caren jest w ciąży.
- Wiem – odparł Rudy, choć sprawiał wrażenie, jakby przez ostatnie
wydarzenia kompletnie o tym zapomniał – i powinienem zajmować się nią, a nie
pozwalać żeby przyrządzała śniadanie gęsi Krafta!
- Michi bardzo smakowało – wtrąciło nieszczęście.
- A nie chcielibyście tych dzieci więcej? – drążył tymczasem nadal
Welliś – moglibyście sobie wziąć to... Stworzenie. I powiedzieć wszystkim, że
macie bliźniaki. Ja wiem, że ono zawsze będzie większe, od waszego prawdziwego,
ale możecie rzucić, że to jakaś ciąża mnoga nieforemna. Jedno zżarło drugiemu
łożysko i zbytnio urosło. Albo...
- Andreas...
- Ja się jej boję – dureń zaczął łkać – Ona jest na zdjęciach taka sina.
Jak palec Krafta, wtedy gdy związał go sobie gumką do włosów, bo nie wierzył,
że istnieje krążenie krwi.
- Groziła mi amputacja – wrzasnęła wiewióra, ale na szczęście nie
poznaliśmy końca tej fascynującej historii, gdyż Freund właśnie zadzwonił do drzwi.
Krowa schowała się ostrożnie za stojącym przy framudze rzędem łopat, widać nie mając
wystarczająco dużo odwagi cywilnej, aby uczestniczyć w rozmowie, która miała
nastąpić, a cała reszta przybrała firmowe uśmiechy.
- Chłopcy – w progu ukazała się pulchna, idealnie dopasowana do swojego siuśka
Frau Wellinger – pytałam właśnie ostatnio Andreaska, dlaczego tak dawno nas nie
odwiedzaliście. Niestety mojego synusia akurat nie ma, ale wejdźcie na
ciasteczko.
Szczerze zrobiło mi się jej żal. Jednak grzecznie razem z Sevim i
Wankim wsunąłem się do środka, a za nami podążyła nieproszona i przez nikogo
niezauważona wiewiórka wraz ze swoją gęsią.
- Rysiu – mutti prowadziła tymczasem nadal swój monolog – czy Andiś Ci
mówił, że moja córeczka od pół roku znowu jest singielką?
A Kraft od urodzenia kurde. I co mnie
to obchodzi?
- Bardzo przykre – rzuciłem jednak poważnym głosem – widać
ten facet nie był jej wart.
Przejrzał na oczy po prostu.
Dziewczyna jest ładna i inteligentna, to fakt. Ale jaką gościu miał gwarancję,
że w kolejnym pokoleniu nie wpłynie na wierzch durnota jej braciszka?
- To wcale nie jest przykre – rodzicielka ofermy napaliła się jak Tande na
widok przewróconej drabiny – ona nikogo nie ma, Ty nikogo nie masz... Może
poszlibyście do kina?
- Nie umawiam się z siostrami przyjaciół – rzuciłem z miną aniołka. No bo kurde męska solidarność i te sprawy. A
pomijając kwestie etyczne... Iść do łóżka z kimś, kto w dzieciństwie siedział z
Wellisiem w jednej wannie pełnej gumowych kaczek? Po moim trupie.
- Ale Andreasek zawsze marzył, żeby mieć brata. I popatrz
Rysiu. Taka stara już jestem. Fajnie by było choć jednego wnuczka w życiu wziąć
na ręce.
To był idealny moment, żeby wylać jej na głowę kubeł zimnej wody, więc
gdy najpierw Sev, potem Żyrafa (a potem
powtarzający ich ruchy niczym pacynka Srafciu) pokiwali porozumiewawczo łebkami,
ponownie otworzyłem usta.
- To świetnie się składa. Bo właściwie to my przyszliśmy pani
powiedzieć, że została pani babcią.
W tym miejscu powinny nastąpić
gratulacje czy kondolencje?
- Jezu, Rysieniek – oczekiwałem potoku łez, a zamiast tego Frau
Wellinger uwiesiła mi się na szyi – jak ten mój syn mógł mi nie zdradzić, że
się spotykacie! Tak długo się modliłam o jakiegoś porządnego chłopca dla niej,
prawego, szlachetnego, z zasadami moralnymi...
Boże, z racji jakich złych uczynków,
ja się zawsze wplątuje w tego typu sceny? Wiem, że nie zawsze bywam aż tak święty
jak zazwyczaj, ale ów Forfang to chyba wystarczająca pokuta za wszystkie
grzechy minione, teraźniejsze i przyszłe. A jak się jeszcze Marinusa dorzuci...
- Severinek oczywiście będzie chrzestnym – odstawiła mnie na ziemię,
biegnąc ściskać moich przyjaciół – a może Ty też Andi. Kto wie, czy nie trafi
się nam błogosławieństwo w postaci bliźniaków. A jak nie, to poczekasz sobie z
rok cierpliwie na swoją kolej, w końcu dzieci najlepiej mieć jedno po drugim.
Tylko wiesz Rysiu, wy się szybko pobrać teraz musicie...
Próbowałem w myślach liczyć sobie
owce, czekając aż ta kobieta umilknie, ale w zaistniałej sytuacji nie pomogłoby
mi chyba nawet liczenie staników.
- Jakby co to ja specjalizuję się w organizacji wesel – wtrąciła przez
nikogo nieproszona o wyrażenie swojej opinii wiewióra.
- Kto to w ogóle jest? – krowia matka przestała dusić Freunda, ze
zdziwieniem ogarniając wreszcie, że w pomieszczeniu jest intruz – a w zasadzie
nieistotne. Choć chłopcze, Ciebie też przytulę. Dziś ten dom jest otwarty dla
każdej biednej duszyczki. Powiedzcie tej mojej córci, że ja się na nią w ogóle
nie gniewam. Macie moje pełne błogosławieństwo. Niech przyjeżdża natychmiast do
domu, trzeba przyjęcie zaręczynowe urządzić. A który to w ogóle miesiąc
Rysieńku?
- Proszę pani...
- Jaka pani? Jesteśmy rodziną kochany. Od tego momentu uznaję tylko
formę ‘mamo’.
- Ale ona nie jest ze mną w ciąży – wrzasnąłem.
No. Wreszcie. Może jeszcze miałbym zmienić
nazwisko na siuśkowe i przepisać na nich pół Ferienhaus?
- Chryste Panie, to z kim? – Frau Wellinger opadła bezwładnie na fotel –
nie mów mi, że wróciła do tego swojego pospolitego nieokrzesańca.
W sumie laska zawsze mogła się
rozmnożyć z Forfangiem. To chyba by było bardziej paskudne, niż pechowa
Delfinka. Nie ma takiego nieszczęścia,
żeby nie dało się znaleźć jeszcze gorszego. I amen.
- W zasadzie nie wiadomo mi, żeby w ogóle spodziewała się potomstwa –
rzuciłem uspokajająco – tylko... Nie będę owijał w bawełnę, to nie ona. Pani Andi
ma córeczkę.
Czule, zdrobniale i pierdołowato ogłoszone.
Ja to jednak miałem klasę.
Z dumą oparłem dłoń o podbródek, czekając aż minie faza krzyków, litanii
i wzywania na pomoc duchów przodków.
- Przecież on nawet nie wie skąd się biorą dzieci – wydusiła wreszcie
biedna kobieta.
Powiedziałbym, że właśnie w tym leży
sedno problemu. Ale obiecałem chłopakom, że nie będę filozofował, więc szybko
przeszedłem do dalszego punktu programu (tylko trochę zdobionego moim poetyckim,
lekko kłamliwym wdziękiem).
- To nie jest zła dziewczyna – mruknąłem, choć w istocie poza biustem serio nie widziałem w niej nic dobrego.
Była na pierwszy rzut oka wyrachowana i zbratana z kreaturami – ta mama
naszego dzieciaka. Wręcz przeciwnie. Przyjechała do Korei z daleka, aby zbierać
pieniądze na wymierający podgatunek pand – uzasadniłem
pokrótce jej znajomość z Tande, która przecież w każdej chwili mogła wypłynąć
na światło dzienne – a po powrocie do rodzinnego kraju to w ogóle chciała
wstąpić do zakonu. Z tym, iż poznała Andiego. No i w ogóle nie planowała
robić... Takich rzeczy. Tylko... Raz, dwa trzy, kilka gestów, kilka ruchów,
światło zgasło i było za późno.
Severin zmroził mnie wzrokiem, a ja za
cholerę brzydką jak Marinus nie rozumiałem czemu. Przecież miałem ukryć przed
mutti, że Australijka wyglądała na moralną pannę lekkich obyczajów.
- Mój syn ją sprowadził na złą drogę? Zbałamucił, uwiódł, wykorzystał,
po czym porzucił z brzuchem?
- Na to wygląda – podsumowałem smutnie, choć kurde niekoniecznie o takie
wnioski mi chodziło – Ale proszę się nie martwić, my się tą małą zaopiekujemy, wychowamy,
przechrzcimy na jakąś porządną Helgę... Nawet znalazłem już nianię – zełgałem na
poczekaniu i zaraz chciałem potwierdzić
moje słowa, odpalając na telefonie portal z ofertami opiekunek do dzieci, ale
na nieszczęście otworzył mi się ten pierdolony filmik z Tande w kwiatuszkach.
Więc musiałem brnąć dalej. Dobrze, że nie
jestem Pinokiem, bo mój nos biłby raz za razem rekordy świata, podczas gdy cała
reszta ciała, siedziałaby jeszcze na belce – taka uboga blondyneczka z
Rumunii. Miała szansę na światową karierę jako profesjonalna balerina, ale
niestety kontuzja kostki wszystko jej zniszczyła. Jest bardzo odpowiedzialna,
ma dwanaścioro młodszego rodzeństwa (Boże
uchowaj przed tym potworem razy dwanaście!). Chciałem namówić Severina,
żeby zatrudnił ją w roli pomocy domowej, ale on i Caren doskonale radzą sobie
sami. A jako niania...
- Musimy rozpisać wszystkie osoby, jakie udaje Tande – szepnął
przerażony Srafciu – bo jeszcze nam się pomyli i zniszczymy całe wesele.
- Kolega organizuje ślub swojego przyjaciela – wytłumaczyłem, modląc się
w duchu, aby kobieta nie zrozumiała nic z tej paplaniny.
- Nawet zaprojektowałem już zaproszenia – gryzoń nie zamierzał niestety
się przymknąć – czerwono-czarne. Jak prawdziwa romantyczna miłość, która przeniknie
nawet przez ciemności kanalizacji pełnej szczurów.
Cóż. To akurat porównanie wprost
idealne do sytuacji.
- A państwo młodzi, sami nie powinni zająć się sprawą zapraszania gości?
– mutti uniosła zapłakaną twarz – powinnam to w końcu wiedzieć. Ciągle mam
nadzieję, że moje córcie mimo haniebnych wyczynów swojego brata wyjdą kiedyś
dobrze za mąż.
Udałem, iż nie zauważam tego
błagalnego spojrzenia skierowanego w moją stronę.
- Nie w tym rzecz – uzupełniłem, bo cholerka nie przyszliśmy tu słuchać
wiewiórki – po prostu ten chłopak upodobał sobie życie na kocią łapę. A Stefan
wziął sprawę w swoje ręce bo nie może patrzeć dłużej na skrajną rozpustę pod
własnym dachem.
Pięknie. Jeszcze uczyniłem gryzonia
właścicielem mieszkania!
- Sami dobrzy ludzie wśród tych skoczków – coraz ciężej było zrozumieć
te jęki i szlochy – dbacie o potrzebujących, o bezrobotne Rumunki, o błądzących
przyjaciół... Wasze matki muszą pękać z dumy. A ja? Wychowałam złodzieja gęsi i
dziewczęcych cnót. Zero moralności, zero!
Znacie jakiś synonim ‘ja pierdolę’,
żebym się w kółko nie powtarzał i nie stał nudziarzem?
Wyszliśmy stamtąd po długim pocieszaniu, przekonywaniu że Andi jest
jeszcze młody i wróci na dobrą drogę, tudzież obietnicy (bez pokrycia), iż w wolnej chwili zabiorę młodszą pannę Wellinger
do teatru czy na spacer. Pozostało jeszcze tylko odszukać Michi (znajdowała się w salonie i zeżerała ozdobną
palmę) i wrócić do pozostawionej w ogródku krowy. Nawiasem mówiąc wściekłej tudzież rozdygotanej.
- Wszystko słyszałem – rozpłakał się biedak – mamusia nie
chce mnie przez was znać. Nie można na was polegać. Dlatego ojcem chrzestnym
będzie jedyna osoba, w której ciągle mam oparcie – dodał – czyli Stefan.
I naprawdę zrobiło się niewesoło. Bo
jak to dziecko miało być normalne? Z matką, która więcej ciała odsłania niż
zasłania, tatusiem Wellingą (łamanym przez dzicz norweską) i Srafciem w roli
rodzica duchowego?
Jedyna jego nadzieja tkwiła w mojej
skromnej osobie.
_______________
Przypomniałam sobie, że miałam tu coś wkleić xd