piątek, 19 października 2018

3. Mama wie najlepiej.


Trzy dni później serio wybraliśmy się do wellisiowej rodziny. W końcu nie mam na imię Marinus, żeby nie dotrzymać słowa. No... To znaczy nie dotrzymuję go tylko wtedy gdy obiecuję jakiejś lasce, że zadzwonię. Ale wtedy mi wolno, bo żadna dziewczyna nie chce żeby ten pachołek do niej dzwonił, więc nie upodabnia mnie to do niego.

Lubię czasem zmobilizować się do głębokiej i skomplikowanej refleksji. Musicie przywyknąć.

Mieliśmy pojechać z samego rana, spokojnie i bez nerwów, tylko, że na nieszczęście nasz durny trener, nagle zatelefonował i zażyczył sobie widzieć wszystkich następnego wieczoru w siedzibie związku. A wiecie, tu sztaby, tam pierdoły, tam jakiemuś dupkowi nie podoba się wasz kontrakt z Nudossi… Czysty stres. W dodatku na domiar złego ciągle taszczyliśmy ze sobą Krafta, bo Severin bał się zostawić go samego w swoim mieszkaniu.

Też mi coś. Ja zostawiłem dwóch Norwegów ulokowanych w Ferienhaus. Czaicie? Nie dość, że zbluźniłem kłamiąc mutti, że to moi przyjaciele to jeszcze czekały mnie dwa tygodnie życia w ciągłym strachu, iż Forfang wytrze się w mój ręcznik. Albo ukradnie mi dezodorant.

Powtórzę raz jeszcze. Ten typek zdolny jest do każdej zbrodni.

W każdym bądź razie, Schuster przez telefon był bardzo tajemniczy. Wyjaśnił nam tylko, że po raz kolejny chodzi o Wellingę. Idąc do jej prymitywnego rodzinnego domku z cegły, wzięliśmy więc sirotę pod nóż, chcąc wybadać czego możemy się spodziewać. 
- Bo sztab mi kazał wczoraj spotkać się z psychologiem – wyszeptała przerażona oferma – a ja nie chciałem, bo jeszcze by wyciągnęli ze mnie wątek tego dziecka...

Chyba prędzej ja pożyczę norweskiej parówce skarpetki, niż on przestanie marudzić, robiąc z siebie cierpiętnika bez powodu.

- I?
- No powiedzieli mi, że mam się nie przejmować, że zaprosili kogoś kto nas nie zna, kto w ogóle nie jest z Niemiec... Więc pomyślałem coś w stylu ‘jeden pies, nikt się nie dowie jak poślę jakiegoś ochotnika zamiast siebie’. Sami mi podsunęliście podszywanie się pod innych tymi naukami przedmałżeńskimi. No i Stefan się zaofiarował...
- Ja pierdolę – jęknąłem.
- Ty to się przynajmniej zabezpieczasz – odparł ponuro Severin – Kraft?
- Co? – zdziwiła się wiewiórka, prowadząca swoją gęś na ozdobnej różowej smyczy, przyczepionej do szytego na miarę, równie majtkowego w odcieniu kubraczka – ta pani psycholog była bardzo miła. Wreszcie ktoś szczerze porozmawiał ze mną o moich problemach. Ale spoko, nic o was nie mówiłem. Tylko o Stephanie Leyhe.

Święty z nim nie wytrzyma. Żyjemy w takim tragicznym, pełnym zła świecie. Każdego dnia można zbankrutować, wpaść pod samochód, złamać obie nogi albo poznać Tande. A ten zwija terapeutę Welliśkowi, który naprawdę potrzebuje teraz, fachowego wsparcia i nawija mu o naszej kadrowej lamie.

- Zwierzyłem się jej, że to strasznie smutne, że mu urosły piersi, po tym jak Richard z nim spał. Nie mogłem się pozbierać odkąd mi o tym opowiedzieliście, bo przecież ja też spałem kiedyś w jednym pokoju z Richardem. I teraz boję się patrzeć w lustro, bo nie oszukujmy się i z męską klatą nie jestem ósmym cudem świata, a jeśli któregoś poranka...
- Powiedziałeś nowej mentalnej prawej ręce trenera, że prowadzam się z Leyhe? – wrzasnąłem.
- A co w tym złego? Mówiła, że każdy problem da się załatwić. Więc może nie jest jeszcze za późno. Fundną mu jakąś terapię hormonalną. Czytałem o takiej na stronie kliniki plastycznej...
- Co Ty robiłeś na stronie... – zaczął Wanki, jakby to miało teraz jakiekolwiek znaczenie.
- Chciałem sobie wstrzyknąć botoks do nosa – mruknęła wiewióra z zapałem – żeby mieć bardziej jędrny. Ale mi powiedzieli, iż warto zacząć od korekcji operacyjnej szczęki. A potem się opamiętałem, bo przecież jestem głową rodziny. Odpowiadam za Michi, którą muszę wykarmić. I za Michaela, którego muszę ożenić. Nie mogę szastać kasą jak wolny strzelec.



Matka Teresa na miarę dwudziestego pierwszego wieku. Patronka surowej gęsiny i bladych oferm.

- W ogóle dużo rozmawiałem z nią o tym ślubie, bo ja się bardzo denerwuję, że coś nie wyjdzie, albo że przez przypadek wydrukujemy za dużo zaproszeń dla Eisenbichlera. Tylko babka ciągle mówiła do mnie Andreas. I wyszło na to, iż to Richi się żeni.

Ja mu chciałem wybaczyć tego Leyhe w łóżku, serio. Ale zrobienie ze mnie jakiegoś niewydarzonego antykróla podrywu, który od ośmiu lat nie umie urobić jednej kobiety? Serio, kto z was zna się na biologii? Zdradźcie mi jakie zwierzę jest naturalnym wrogiem wiewiórek. Sęp? Niedźwiedź polarny? Marabut? Antylopa gnu? Pojadę choćby na drugi kraniec ziemi, żeby przywieść je do Niemiec.

Nawiasem mówiąc wyobraziłam już sobie kolejny wieczór. Będę siedział jak na szpilkach przed Schusterem, plus tym jego asystentem z Norwegii (który pewno chodzi za mną krok w krok, notuje moje złote teksty na podryw, a potem sprzedaje je Forfangowi. Jestem o tym przekonany! Nie wierzę, żeby ów rozpieszczony ciołek kanapowy sam od siebie wymyślił cokolwiek lepszego od ‘hej mała, mogę sprawdzić czy masz tyłek?’ – rzuconego kiedyś przez pijaną Wellingę jednej Polce.

Tak! Z pewnością. Ja się będę tłumaczyć, ze Srafcia udającego krowę, a paskudna parówka w dalszym ciągu panosząc się po Ferienhaus, zwinie dla odmiany album z moimi zdjęciami z dzieciństwa. A potem będzie wciskał laskom w klubie, że to on i że miał kiedyś takie piękne dołeczki w policzkach. Nie oszukujmy się, bez fałszywej skromności każda na to poleci. Która kobieta, mająca w sobie choć trochę serca i wdzięku nie pragnęłaby urodzić kogoś tak uroczego jak ja w wieku przedszkolnym?

Żadna. Myślę, że nawet taki Eisenbichler chciałby mnie urodzić. Ale jest na tyle mało zdolny, iż nie umiałby urodzić nikogo. No chyba, że Marinusa.

Tak czy owak ostatecznie nie zabiłem gryzonia, bo właziliśmy już na wellingerową posesję pełną ogrodowych krasnali w kolorze sraczki. Kurde, też mi ozdoba. Jeszcze tylko serio tego karalucha, który trzyma w pokoju moje złoto z Soczi, do kompletu brakuje.

- Pamiętaj Richard – zaczął Severin – nie możesz zastraszyć mamy Andreasa. Masz jej powiedzieć, że to była dobra dziewczyna. Tylko... Tak wyszło.
- Ty, Sevi – krowa zrobiła błagalną minę, składając ręce – przecież Twoja Caren jest w ciąży.
- Wiem – odparł Rudy, choć sprawiał wrażenie, jakby przez ostatnie wydarzenia kompletnie o tym zapomniał – i powinienem zajmować się nią, a nie pozwalać żeby przyrządzała śniadanie gęsi Krafta!
- Michi bardzo smakowało – wtrąciło nieszczęście.
- A nie chcielibyście tych dzieci więcej? – drążył tymczasem nadal Welliś – moglibyście sobie wziąć to... Stworzenie. I powiedzieć wszystkim, że macie bliźniaki. Ja wiem, że ono zawsze będzie większe, od waszego prawdziwego, ale możecie rzucić, że to jakaś ciąża mnoga nieforemna. Jedno zżarło drugiemu łożysko i zbytnio urosło. Albo...
- Andreas...
- Ja się jej boję – dureń zaczął łkać – Ona jest na zdjęciach taka sina. Jak palec Krafta, wtedy gdy związał go sobie gumką do włosów, bo nie wierzył, że istnieje krążenie krwi.
- Groziła mi amputacja – wrzasnęła wiewióra, ale na szczęście nie poznaliśmy końca tej fascynującej historii, gdyż Freund właśnie zadzwonił do drzwi. Krowa schowała się ostrożnie za stojącym przy framudze rzędem łopat, widać nie mając wystarczająco dużo odwagi cywilnej, aby uczestniczyć w rozmowie, która miała nastąpić, a cała reszta przybrała firmowe uśmiechy.

- Chłopcy – w progu ukazała się pulchna, idealnie dopasowana do swojego siuśka Frau Wellinger – pytałam właśnie ostatnio Andreaska, dlaczego tak dawno nas nie odwiedzaliście. Niestety mojego synusia akurat nie ma, ale wejdźcie na ciasteczko.

Szczerze zrobiło mi się jej żal. Jednak grzecznie razem z Sevim i Wankim wsunąłem się do środka, a za nami podążyła nieproszona i przez nikogo niezauważona wiewiórka wraz ze swoją gęsią.
- Rysiu – mutti prowadziła tymczasem nadal swój monolog – czy Andiś Ci mówił, że moja córeczka od pół roku znowu jest singielką?

A Kraft od urodzenia kurde. I co mnie to obchodzi?

- Bardzo przykre – rzuciłem jednak poważnym głosem – widać ten facet nie był jej wart.

Przejrzał na oczy po prostu. Dziewczyna jest ładna i inteligentna, to fakt. Ale jaką gościu miał gwarancję, że w kolejnym pokoleniu nie wpłynie na wierzch durnota jej braciszka?

- To wcale nie jest przykre – rodzicielka ofermy napaliła się jak Tande na widok przewróconej drabiny – ona nikogo nie ma, Ty nikogo nie masz... Może poszlibyście do kina?
- Nie umawiam się z siostrami przyjaciół – rzuciłem z miną aniołka. No bo kurde męska solidarność i te sprawy. A pomijając kwestie etyczne... Iść do łóżka z kimś, kto w dzieciństwie siedział z Wellisiem w jednej wannie pełnej gumowych kaczek? Po moim trupie.
- Ale Andreasek zawsze marzył, żeby mieć brata. I popatrz Rysiu. Taka stara już jestem. Fajnie by było choć jednego wnuczka w życiu wziąć na ręce.

To był idealny moment, żeby wylać jej na głowę kubeł zimnej wody, więc gdy najpierw Sev, potem Żyrafa (a potem powtarzający ich ruchy niczym pacynka Srafciu) pokiwali porozumiewawczo łebkami, ponownie otworzyłem usta.
- To świetnie się składa. Bo właściwie to my przyszliśmy pani powiedzieć, że została pani babcią.

W tym miejscu powinny nastąpić gratulacje czy kondolencje?

- Jezu, Rysieniek – oczekiwałem potoku łez, a zamiast tego Frau Wellinger uwiesiła mi się na szyi – jak ten mój syn mógł mi nie zdradzić, że się spotykacie! Tak długo się modliłam o jakiegoś porządnego chłopca dla niej, prawego, szlachetnego, z zasadami moralnymi...

Boże, z racji jakich złych uczynków, ja się zawsze wplątuje w tego typu sceny? Wiem, że nie zawsze bywam aż tak święty jak zazwyczaj, ale ów Forfang to chyba wystarczająca pokuta za wszystkie grzechy minione, teraźniejsze i przyszłe. A jak się jeszcze Marinusa dorzuci...

- Severinek oczywiście będzie chrzestnym – odstawiła mnie na ziemię, biegnąc ściskać moich przyjaciół – a może Ty też Andi. Kto wie, czy nie trafi się nam błogosławieństwo w postaci bliźniaków. A jak nie, to poczekasz sobie z rok cierpliwie na swoją kolej, w końcu dzieci najlepiej mieć jedno po drugim. Tylko wiesz Rysiu, wy się szybko pobrać teraz musicie...

Próbowałem w myślach liczyć sobie owce, czekając aż ta kobieta umilknie, ale w zaistniałej sytuacji nie pomogłoby mi chyba nawet liczenie staników.

- Jakby co to ja specjalizuję się w organizacji wesel – wtrąciła przez nikogo nieproszona o wyrażenie swojej opinii wiewióra.
- Kto to w ogóle jest? – krowia matka przestała dusić Freunda, ze zdziwieniem ogarniając wreszcie, że w pomieszczeniu jest intruz – a w zasadzie nieistotne. Choć chłopcze, Ciebie też przytulę. Dziś ten dom jest otwarty dla każdej biednej duszyczki. Powiedzcie tej mojej córci, że ja się na nią w ogóle nie gniewam. Macie moje pełne błogosławieństwo. Niech przyjeżdża natychmiast do domu, trzeba przyjęcie zaręczynowe urządzić. A który to w ogóle miesiąc Rysieńku?
- Proszę pani...
- Jaka pani? Jesteśmy rodziną kochany. Od tego momentu uznaję tylko formę ‘mamo’.
- Ale ona nie jest ze mną w ciąży – wrzasnąłem.

No. Wreszcie. Może jeszcze miałbym zmienić nazwisko na siuśkowe i przepisać na nich pół Ferienhaus?

- Chryste Panie, to z kim? – Frau Wellinger opadła bezwładnie na fotel – nie mów mi, że wróciła do tego swojego pospolitego nieokrzesańca.

W sumie laska zawsze mogła się rozmnożyć z Forfangiem. To chyba by było bardziej paskudne, niż pechowa Delfinka. Nie ma takiego nieszczęścia, żeby nie dało się znaleźć jeszcze gorszego. I amen.

- W zasadzie nie wiadomo mi, żeby w ogóle spodziewała się potomstwa – rzuciłem uspokajająco – tylko... Nie będę owijał w bawełnę, to nie ona. Pani Andi ma córeczkę.
Czule, zdrobniale i pierdołowato ogłoszone. Ja to jednak miałem klasę.
Z dumą oparłem dłoń o podbródek, czekając aż minie faza krzyków, litanii i wzywania na pomoc duchów przodków.
- Przecież on nawet nie wie skąd się biorą dzieci – wydusiła wreszcie biedna kobieta.

Powiedziałbym, że właśnie w tym leży sedno problemu. Ale obiecałem chłopakom, że nie będę filozofował, więc szybko przeszedłem do dalszego punktu programu (tylko trochę zdobionego moim poetyckim, lekko kłamliwym wdziękiem).

- To nie jest zła dziewczyna – mruknąłem, choć w istocie poza biustem serio nie widziałem w niej nic dobrego. Była na pierwszy rzut oka wyrachowana i zbratana z kreaturami – ta mama naszego dzieciaka. Wręcz przeciwnie. Przyjechała do Korei z daleka, aby zbierać pieniądze na wymierający podgatunek pand – uzasadniłem pokrótce jej znajomość z Tande, która przecież w każdej chwili mogła wypłynąć na światło dzienne – a po powrocie do rodzinnego kraju to w ogóle chciała wstąpić do zakonu. Z tym, iż poznała Andiego. No i w ogóle nie planowała robić... Takich rzeczy. Tylko... Raz, dwa trzy, kilka gestów, kilka ruchów, światło zgasło i było za późno.

Severin zmroził mnie wzrokiem, a ja za cholerę brzydką jak Marinus nie rozumiałem czemu. Przecież miałem ukryć przed mutti, że Australijka wyglądała na moralną pannę lekkich obyczajów.

- Mój syn ją sprowadził na złą drogę? Zbałamucił, uwiódł, wykorzystał, po czym porzucił z brzuchem?
- Na to wygląda – podsumowałem smutnie, choć kurde niekoniecznie o takie wnioski mi chodziło – Ale proszę się nie martwić, my się tą małą zaopiekujemy, wychowamy, przechrzcimy na jakąś porządną Helgę... Nawet znalazłem już nianię – zełgałem na poczekaniu  i zaraz chciałem potwierdzić moje słowa, odpalając na telefonie portal z ofertami opiekunek do dzieci, ale na nieszczęście otworzył mi się ten pierdolony filmik z Tande w kwiatuszkach. Więc musiałem brnąć dalej. Dobrze, że nie jestem Pinokiem, bo mój nos biłby raz za razem rekordy świata, podczas gdy cała reszta ciała, siedziałaby jeszcze na belce – taka uboga blondyneczka z Rumunii. Miała szansę na światową karierę jako profesjonalna balerina, ale niestety kontuzja kostki wszystko jej zniszczyła. Jest bardzo odpowiedzialna, ma dwanaścioro młodszego rodzeństwa (Boże uchowaj przed tym potworem razy dwanaście!). Chciałem namówić Severina, żeby zatrudnił ją w roli pomocy domowej, ale on i Caren doskonale radzą sobie sami. A jako niania...

- Musimy rozpisać wszystkie osoby, jakie udaje Tande – szepnął przerażony Srafciu – bo jeszcze nam się pomyli i zniszczymy całe wesele.
- Kolega organizuje ślub swojego przyjaciela – wytłumaczyłem, modląc się w duchu, aby kobieta nie zrozumiała nic z tej paplaniny.
- Nawet zaprojektowałem już zaproszenia – gryzoń nie zamierzał niestety się przymknąć – czerwono-czarne. Jak prawdziwa romantyczna miłość, która przeniknie nawet przez ciemności kanalizacji pełnej szczurów.

Cóż. To akurat porównanie wprost idealne do sytuacji.

- A państwo młodzi, sami nie powinni zająć się sprawą zapraszania gości? – mutti uniosła zapłakaną twarz – powinnam to w końcu wiedzieć. Ciągle mam nadzieję, że moje córcie mimo haniebnych wyczynów swojego brata wyjdą kiedyś dobrze za mąż.

Udałem, iż nie zauważam tego błagalnego spojrzenia skierowanego w moją stronę.

- Nie w tym rzecz – uzupełniłem, bo cholerka nie przyszliśmy tu słuchać wiewiórki – po prostu ten chłopak upodobał sobie życie na kocią łapę. A Stefan wziął sprawę w swoje ręce bo nie może patrzeć dłużej na skrajną rozpustę pod własnym dachem.

Pięknie. Jeszcze uczyniłem gryzonia właścicielem mieszkania!

- Sami dobrzy ludzie wśród tych skoczków – coraz ciężej było zrozumieć te jęki i szlochy – dbacie o potrzebujących, o bezrobotne Rumunki, o błądzących przyjaciół... Wasze matki muszą pękać z dumy. A ja? Wychowałam złodzieja gęsi i dziewczęcych cnót. Zero moralności, zero!

Znacie jakiś synonim ‘ja pierdolę’, żebym się w kółko nie powtarzał i nie stał nudziarzem?

Wyszliśmy stamtąd po długim pocieszaniu, przekonywaniu że Andi jest jeszcze młody i wróci na dobrą drogę, tudzież obietnicy (bez pokrycia), iż w wolnej chwili zabiorę młodszą pannę Wellinger do teatru czy na spacer. Pozostało jeszcze tylko odszukać Michi (znajdowała się w salonie i zeżerała ozdobną palmę) i wrócić do pozostawionej w ogródku krowy. Nawiasem mówiąc wściekłej tudzież rozdygotanej.
- Wszystko słyszałem – rozpłakał się biedak – mamusia nie chce mnie przez was znać. Nie można na was polegać. Dlatego ojcem chrzestnym będzie jedyna osoba, w której ciągle mam oparcie – dodał – czyli Stefan.

I naprawdę zrobiło się niewesoło. Bo jak to dziecko miało być normalne? Z matką, która więcej ciała odsłania niż zasłania, tatusiem Wellingą (łamanym przez dzicz norweską) i Srafciem w roli rodzica duchowego?


Jedyna jego nadzieja tkwiła w mojej skromnej osobie. 
_______________


Przypomniałam sobie, że miałam tu coś wkleić xd

piątek, 14 września 2018

2. Ja nie chciałem.


Dwie godziny później zamknęliśmy się w toalecie. Może to niedorzeczne, ale taka izolowana przestrzeń pomaga zebrać myśli, szczególnie gdy w mieszkaniu jest wróg z północy, który nie śpi. Welliś siedział na kafelkach i płakał, bełkocząc niezrozumiałe zdania, z których dało się wyłapać jedynie powtarzaną w kółko formułę ‘co ja powiem mamie’. Wyglądał totalnie żałośnie (czyli w sumie tak jak zawsze). Dodatkowo z jednej strony tulił Srafcia (jednocześnie intensywnie omawiającego coś z Wankim), a z drugiej jego gęś.
Atmosfera serio wyszła grobowa. I komu oczywiście przyszło próbować ją naprawiać?

- Zaraz wszystko wam wytłumaczę – zacząłem, siląc się na powagę – to nie jest dziecko naszego cielęcia. Z całą pewnością. Obserwowaliście szczegóły w tym filmiku, z Tande z kwiatuszkami we włosach?
- Richard... Nikt normalny nie ogląda...
- Ja oglądałem – wtrącił Srafciu (potwierdzając opinię przedmówcy) – chłopak się postarał, przebrał w spódniczkę, umalował... Nie byłoby mu miło, jakby wszyscy to olali. Więc nabiłem z jakieś tysiąc wyświetleń.

Zignorowałem ten okrzyk żałości. Z resztą ogóle nie rozumiałem czemu sirota siedzi na wewnętrznym posiedzeniu niemieckiej drużyny, a nikt poza mną nie ma ochoty wyrzucić jej za drzwi.

- Nieistotne. W każdym razie on ma tam takie długaśne paznokcie. I stąd mój wniosek, że w Norwegii się nie obcina paznokci. Więc można nimi uszkodzić nie wiem... Balona, rękawiczkę, krasnoludki z plasteliny...

Chciałem im to wyłożyć metaforycznie, ale oczywiście żaden nie ogarnął o co mi idzie.

- Inny rodzaj gumy też można – zakończyłem tryumfalnie – czy naprawdę wierzycie, że laska spędziła dwa tygodnie chodząc krok w krok za tą dziczą i żaden jej nie tknął?
- Nie gorsz Wellisia – upomniał mnie Wanki, jakby ta ofiara losu, nie została już wystarczająco zgorszona przekazując RZEKOMO swoje geny w daleki świat.
- Ani Michi – gryzoń pogłaskał czule, mokrą od łez Andiego gęś po dziobie – ona przecież jeszcze nigdy nie była w związku.
Panie daj mi siły.
- Mówię wam. Któryś naruszył co trzeba, albo nosił cenne rzeczy w portfelu jak skończony debil, a potem wpadł w stupor, więc się dogadał z tą interesowną panienką, postanowili znaleźć frajera, wrobić go w ojcostwo, oskubać i podzielić się kasą na pół.

Rozejrzałem się w około czekając na brawa za mój spryt i czujność.

- Dlaczego nie wolno nosić cennych rzeczy w portfelu?

Niech ktoś przerobi tą wiewiórę na futrzany kołnierz!

- Bo je można uszkodzić! – jęknąłem, po czym zamilkłem na moment, gdyż oferma zaczęła przekładać wszystkie pieniądze i karty kredytowe do kieszeni, dziękując, iż ją ostrzegłem.
- Możesz nam wytłumaczyć co Norwegowie tak naprawdę robili na zamkniętej imprezie? – rzucił tym razem Severin, niewzruszony najwyraźniej moją super teorią, która ściągnęłaby wszystkim problem z głowy.

Mówiłem wam, że to skomplikowane. Bo ja poważne chciałem zaprosić tylko Simona. Żeby powiedział Wellindze jakieś bzdury, w stylu że prawdziwy mężczyzna to ten, który zakłada rodzinę, jest odpowiedzialny i bawi się z dzieciaczkami w Babę Jagę (czy co ja tam jeszcze robiłem, zanim dojrzałem seksualnie), a nie ten co kradnie. No. Więc czekałem spokojnie, z uprzejmą miną przed domkiem Szwajcarów. Ale ów nieszczęsny świstak nie wychodził.  To aby nie marnować czasu postanowiłem pójść do przenośnej toalety, bo ile można powstrzymywać swoje potrzeby fizjologiczne przez jakiegoś gościa, który nie potrafi nawet wylądować telemarkiem? Właśnie.
Pech chciał, że wychodząc, zapomniałem zawiązać tych kadrowych spodni (które chyba ktoś zaprojektował dla gnomów o sylwetce Marinusa, a nie wysportowanych, smukłych olimpijczyków). I mi zleciały! Akurat jak zacząłem zagadywać Ammanna. Kurde, co byście sobie pomyśleli, jakby stanął przed wami gość z gatkami opuszczonymi do kolan i palnął ‘cześć Simi, nie wpadłbyś w nocy’? Sytuacja naprawdę nie była wesoła. Jedynym ratunkiem przed podejrzeniami o dziwne skłonności względem statecznego ojca trójki dzieci, było szybkie zaproszenie kogoś jeszcze. Ale jakbym postawił na jego kolegów z drużyny to pewno by ta ich dziwna neutralna prasa napisała, że marzą mi się orgie szwajcarskie. I wtedy już serio dziewczyny by miały prawo woleć tą norweską dżdżownicę ode mnie. A akurat przyplątały się kreatury. Więc padło na nie, bo raczej nikt by nie wykombinował, że pociąga mnie Tande.

Tyle. Ale wątpiłem czy podwójnie wściekły Severin w to uwierzy.

- Serio chciałem się zająć Andim jak własnym synem. Ale sami wiecie jak się potoczyła owa noc...
Przecież zbawiałem świat, nie?
- Richard, spójrzmy prawdzie w oczy. Czy ten Leyhe miał cycki?
- Ostatni raz widziałem go tydzień temu – przeraził się Wanki – chcecie powiedzieć, że od tego czasu mu urosły?
- Nie nasz Stephek. Tylko ten, którym Freitag tak troskliwie zajmował się w Korei.

Jezu. Ja serio, serio położyłem tego naiwniaka do łóżka. I zabrałem mu nawet trampki, żeby w porywie rozpaczy nie postanowił targnąć się na własne życie zjadając sznurówki. A potem poszedłem wytargać z imprezy Andiego. No tylko, że po drodze spotkałem tamtą dziewczynę, którą Severin (ta ruda cholera, ma czasem dar jasnowidzenia!) określił mianem ubiuszczonego Leyhe. Wiecie. Bezbronna, młodziutka, skąpo ubrana istota, o ładnej buzi i ciekawym tonie głosu. Sama! W nocy! Pośród flag Norwegii i innych symboli zepsucia. No przecież gdybym ją tak zostawił to jeszcze mogłaby ją krzywda spotkać. Więc się zatroszczyłem, postawiłem jej drinka, a potem przenocowałem w ciepłym, bezpiecznym pokoju. Jak prawdziwy superbohater, bo w końcu jeśli już panna ma grzeszyć to z kimś porządnym, prawda? Święta prawda! Tylko w życiu by mi nie wpadło do głowy, że Welliś się w tym czasie postanowi rozmnożyć!

Szybka jest nawiasem mówiąc ta mała cholera. W pewnym sensie zapewne wręcz błyskawiczna, ale nie chciałem już być aż tak niemiły, bo jednak troszeczkę poczuwałem się do winy. Tak tyci tyci. Jak odległość pomiędzy wierzchołkiem, a koniuszkiem móżdżku Srafcia.

- To nie jest wcale śmieszne. Andi to jeszcze emocjonalne niemowlę. A teraz będzie musiał dorosnąć w trybie ekspresowym. Więc mamy poważny problem...
- Właśnie – przerwała Żyrafa, wyrywając jednocześnie Austriakowi jakieś kartki z rąk – mamy. Bo ja za cholerę nie mogę się zdecydować czy zaprosić Eisenbichlera.
Dobrze, że sam nie mam cycków, bo mi by już przez nich opadły aż do ziemi z zażenowania.
- Gdzie?
- No jak to? – wielkolud zdziwił się, jakby chodziło o jakąś oczywistą sprawę – na ślub. Skończyliśmy już ze Stefanem układać listę gości. I jest na niej cała nasza kadra oprócz niego...
- Wank, czy serio nie widzisz teraz gorszych zmartwień?
- No właśnie nie – zripostował szczerze poczciwiec - dziecko to żadne zmartwienie, ja je z radością wychowam. Ale to? Z jednej strony nie chcę żeby Markus zakłócił uroczystość swoją miną sprzedawcy nagrobków. A z drugiej... Co jak rozpieprzę tym atmosferę w drużynie? Takie bezduszne wyalienowanie jednej osoby...
- On lubi się panoszyć tam gdzie nie trzeba – rzuciłem dla rozluźnienia nastroju – jeszcze się zgubi i zniszczy ludziom noc poślubną, wtykając swój nochal w drzwi.
- Ale ja go jednak zaproszę – zadecydował Srafciu – nie można kogoś pomijać bo jest brzydki. Nie każdy przyszedł na ten świat piękny i pachnący – dodał ze smutkiem – i zaproszę też tych staruszków, co sprzedają kwiatki na targu w Salzburgu.
- Niby po co?
- Siedzą całe dnie tacy smutni, podlewają krzaczki, jedzą żółty ser z torebek... Pewnie nigdy nie byli na prawdziwym weselu – wiewiórce zaświeciły się oczka – wiem co znaczy nie być ósmym cudem świata, więc lubię pocieszać innych. To będzie dla nich wielkie wyróżnienie. Co prawda musieliśmy zrobić z Andim jakieś cięcia...
- Cięcia?
- No wyrzuciliśmy ze spisu gości rodzinę panny młodej. Ale naprawdę mamy ograniczony budżet. Michi musi zrozumieć. Skoro sam nie umiał tyle lat urządzić sobie ślubu i zrzucił to na moje wątłe ramiona to powinien mi wybaczyć maciupkie niedociągnięcia organizacyjne. Ten pensjonat Richarda jest bardzo kameralny...
- Cichy i ustronny – wyrecytowałem z dumą, nie zwracając uwagi, że Severin błagalnie przewraca oczami, patrząc na mnie ze zdegustowaniem. Co ja miałem zrobić? Kryzys jest. Ludzie wolą śmierdzące Majorki i zagrzybione Karaiby od prawdziwie pięknych klimatów wakacyjnych. Więc umiłowany Ferienhaus Freitag nieco podupadł. A tu podpełzła do mnie taka wiewióra godzinę temu i z miejsca przelała nam na rodzinne konto pokaźną sumkę za wynajem całego obiektu. Na dodatek w samo Boże Narodzenie, kiedy to ceny są najwyższe. Klient nasz pan. Skoro zapłacił to niech sobie urządza. Wesele Michaela, wyścigi chomików albo wieczór schadzek. Mnie wszystko jedno... Chociaż nie. Żadnych schadzek. Zbyt kocham to miejsce, żeby pozwalać w nim na jakąkolwiek rozpustę. Nawet samemu sobie. We własnym domu, zabiorę się za owe sprawy dopiero jak dorosnę, zasadzę przysłowiowe drzewo i przywiozę żonę. Czyli za jakieś 30 lat.

- Ej – wrzasnął Wanki przerażony – serio nie starczy nam miejsca. Eisenbichler będzie musiał spać w
 stodole. I jednak wyjdzie na to, że go szykanuję.
- Zamówimy mu taksówkę – uspokoił go Srafciu – już to wpisuję do kosztorysu. Odpowiednio wcześnie wróci do siebie i nie zakłóci nosem nocy poślubnej, skoro mówicie, że to aż tak ważne. Zaraz... Ale to tylko obce osoby nie mogą jej zakłócać czy ja też?
- Przede wszystkim Ty – wytłumaczyłem stanowczo – i twoja gęś.
Sierota ze zrozumieniem pokiwała głową, otwierając żałosny zeszycik z białymi gołąbkami na okładce i tworząc odpowiednią adnotację w dziale ważne uwagi dodatkowe.

Zapowiadała się niezła akcja. Nie miałem tylko pojęcia na kim oni zamierzają przymierzyć suknię ślubną. W sumie szkoda, że ten Leyhe (prawdziwy, a nie moja koreańska guilty pleasure) jednak nie miał cycków, bo nadałby się wtedy idealnie. Ale to nie był taki wielki problem, zawsze mogli wziąć z manekina, albo przebrać Tande. Gorzej, że Severin z niewiadomych przyczyn wyglądał na padniętego i nic mu się nie podobało.
- Wiecie, że nie można tak sobie z miejsca pójść do ołtarza jak w komedii romantycznej – rzucił bezdusznie – trzeba złożyć masę podpisów. I odbyć nauki przedmałżeńskie.
- Ja mogę wygłosić im te nauki – wzruszył ramionami Srafciu – będzie o tym, że trzeba szanować przyjaciół. I dobre, uczciwe, białe zwierzęta.
- Tu nie chodzi o Ciebie...
- W takim razie trzeba kogoś podstawić – zadecydował Wanki – mówiliście, że Andi musi dorosnąć. Więc Andi pójdzie na przyspieszony kurs dla narzeczonych i będzie udawał Hayboecka. Dobrze mu zrobi, jak posłucha o obowiązkach, choć i tak to ja wychowam mu dziecko... Tylko musimy jeszcze znaleźć...
- Dziewczynkę – wykrzyknąłem z euforią, dusząc się ze śmiechu – mówię wam, obiecamy temu norweskiemu psychopacie, że kupimy mu w zamian konia to na pewno się zgodzi.

A ja w tym czasie nieźle utrę nosa jego lalusiowatemu koledze z dziecinnym uśmieszkiem.

- Skoro nie ma innej rady – wielkolud udał, iż się zastanawia – Welliś zrobisz dobry uczynek?
- A jak jakiś ksiądz się potem pomyli i połączy mnie z Tande świętym węzłem małżeńskim? – jęknęło niepewnie cielę – nie chcę mieć Tande za żonę, za męża... W ogóle wolałbym go nie znać.
- To ja wtedy krzyknę, że się nie zgadzam – przytuliła go mocno wiewióra, wpisując na listę wydatków pozycję koń (nie wiem w sumie, czy to nie podchodzi pod znęcanie się nad zwierzętami, ale mniejsza, jak tylko te problemy ślubne się skończą, to go lepkowłosemu zabierzemy) – zresztą Michiemu też bym tego nie zrobił, więc na wszelki wypadek przyczepię na drzwiach kościoła karteczkę z napisem ‘Tande lubi się z przyrodą, ale nie jest panną młodą’ czy coś w tym stylu. Albo w ogóle odszukamy Ci do pary prawdziwą kobitkę, która zagra tą okrutną istotę bez serca dla gęsi.

Wolałem nie dociekać. I nie zgadzać się na wymianę kreatury na jakąkowiek przedstawicielkę płci pięknej.
- Ty nic nie musisz robić – poinstruował pokrakę Wank – tylko iść cztery razy na spotkanie i mówić od czasu do czasu, że kochasz swoją narzeczoną, oświadczyłeś się jej na plaży i chcesz mieć dużo dzieci.
- Michael się nie oświadczył na plaży – wtrącił Srafciu – ani nawet na wysypisku – ściszył dyskretnie głos – jeżeli mamy być szczerzy to on w ogóle nie był łaskawy się oświadczyć.
- A ja nie chcę mieć więcej dzieci – rozbeczał się ponownie (ciągle jeszcze majaczący) Welliś – w ogóle wolałbym zostać impotentem. Co ja powiem mamie?

Czyli wróciliśmy do punktu wyjścia.

- Porozmawiam z Twoją mamą – zaofiarowałem się – jeszcze dziś, ona mnie przecież uwielbia. Andi zajmie się dzieckiem... Ty jedynie pomóż chłopakom z tym ślubem. Obiecuję Ci, dopilnuję, że przed ołtarzem staną właściwe osoby. My na wszelki wypadek schowamy się za jakimś filarem. A potem otworzymy butelkę z rumem na weselu.

O ile kojarzyłem z czasów narzeczeństwa Severina, przedmałżeńskie kursy rozciągały się chyba na minimum dwa tygodnie. A to oznaczało, że (przyjmując wersję z Tande w roli hayboeckowej panny) te kreatury musiały u nas troszeczkę zostać.

Zemsta będzie słodka.
I na dodatek uratuję Andreasa. I wsławię rodzinny interes. I pomogę ludziom się zdecydować i hajtnąć.

Kurde... Naprawdę byłem aniołem.
                                                     _____________________________

Także tego xD

piątek, 31 sierpnia 2018

1. Wielkie czyny się czyni po winie.

Gdybym ja miał otworzyć te drzwi to generalnie bym ich nie otworzył. Tylko, że Sevi na nieszczęście nagle zaczął robić za idealnego gospodarza. I chwilę później w progu stały te dwie norweskie poczwary. Tak! Te najgorsze z najgorszych, które praktycznie nazywają się identycznie. Bo na przykład Stjernena bym zniósł. Przynajmniej imię ma niemieckie. Cywilizowane i z rodowodem. Ale owe kreatury? Tande. Pasztet z nieumytymi włosami, miną dewianta i podobno dziwnymi skłonnościami względem koni i pand.

I jeszcze drugi nieszczęśnik! Chłoptaś, który sprytnym uśmieszkiem, potrafi zwijać porządnym ludziom (czyli mnie) sprzed nosa piękne dziewczyny. Dziękuję za takie towarzystwo!



W każdym razie przyleźli. W towarzystwie jakiejś laski... Albo raczej baby pod pięćdziesiątkę. Statecznie ubranej, brzydkiej i z toną papierów w łapach. Więc ponieważ kieruję się w życiu zasada iż lepiej zapobiegać niż leczyć, postanowiłem zabrać głos.

- O nie – wrzasnąłem (po angielsku) – to jest zamknięte przyjęcie, a nie jakaś jadłodajnia dla przygłupów. Severin zapłacił za prowiant dla określonej liczby gości. I nikt już mi więcej nie wmówi, że jest Hayboeckiem, jego dziewczyną, babcią albo królikiem.

- Nie dość, że nie zabrał mnie na wakacje, to jeszcze nie powiedział mi, że ma królika? – przerwał Srafciu płacząc już całkiem donośnie – a ja naprawdę starałem się nie być uciążliwy. Próbowałem gotować, sprzątać, robić im śniadanie do łóżka. Bo ja nie chcę mieszkać sam. I nie chcę wracać do mamy, no wiecie nie wypada mi...

- Kraft...

- W dodatku ten Tande patrzy na moją Michi jak jakiś pedofil! Nie dam mu jej zjeść. Całkiem możliwe, że tylko ona mi zostanie. Zatrzymamy się na dworcu, może przynajmniej bezdomni  nas polubią...

- Czy Wellinger jednak dał mu alkohol? – jęknął Sevi, po czym spojrzał pytająco na Norwegów.

- Ta pani jest adwokatem – próbowała się wytłumaczyć jedna z tym kreatur – przyjechała do nas z daleka i zażądała kontaktu do Andreasa. Więc ją przywieźliśmy...

Patrzcie kurde jaki elokwentny się znalazł. Byłem pewien, że tak naprawdę znowu przywlókł się do Niemiec by mnie upokorzyć i poderwać jakąś piękność, która mnie nie chciała!

- Ja nic nie zrobiłem – przeraził się tymczasem Wanki – no dobrze, kiedyś wywróciłem śmietnik na lotnisku w Lillehammer. To naprawdę było niechcący. I pragnąłem posprzątać... Tylko, że cholera wypadły z niego dziecięce pieluszki, a ja nie miałem rękawiczek jednorazowych, więc poszedłem do kiosku, a w tym czasie...

- Andi... – poklepałem go po ramieniu – obawiam się, że tu nie chodzi o Ciebie, tylko o nasze cielę – przeniosłem wzrok na feralną kobietę (mógłbym dodać, aby było poetycko, że w czarnym żakiecie, ale kurde przecież wiadomo, że nie w bikini) – proszę pani to naprawdę był czyn o niskiej szkodliwości społecznej. Andreas akurat był pijany... No teraz też akurat jest, mały zbieg okoliczności... Ale nic nie zostało zniszczone. Zresztą minęło wiele czasu, prawie dwa lata, a ta nieszczęsna gęś... – przerwałem, bo zauważyłem, że babsztyl ma minę podobną do sevciowej teściowej podczas mojej wybitnej przemowy.



 Ogółem wyglądała jak jakiś sobowtór tego istnego koszmaru. Co trochę zbiło mnie z tropu. Choć i tak byłem święcie przekonany, że to ten cały Forfang doniósł na Welliśka do prokuratury (po to by zrobić ze mnie Marinusa imprezy, ale już wam chyba mówiłem, iż ów pan żyje w jednym celu – w celu zdołowania mnie).



Miałem nadzieję, że moja mowa obronna wystarczy do umorzenia sprawy (tym razem nie użyłem żadnego archaizmu!), ale zamiast adwokatki odezwał się gryzoń.

- Andi nie jest niczemu winny. To ja wyniosłem Michi z zoo. I czuję się dumny ze swojego czynu – tupnął nogą - była mała, bezbronna, wyłysiała, zagłodzona, inne pisklęta brutalnie ją dziobały... A teraz proszę spojrzeć jaka piękna. Opiekuje się nią najlepszy weterynarz w Austrii, chodzi do salonu pielęgnacji dla psów, gdzie czeszą jej piórka, robi postępy, cudownie i głośno gęga... Tylko dziewczyna Michaela jej nienawidzi, ale Wanki mówi, że jak wezmą ślub to przestanie, więc luzik, ja mam już plan. Lecz jeśli naprawdę chcecie zamykać ludzi w więzieniu, za uratowanie życia bezbronnej istoty, to proszę zamknijcie mnie, a Andiego zostawcie w spokoju.

- Nawet mama już mi wybaczyła ten wybryk z kradzieżą – uzupełnił z podłogi główny zainteresowany – kazała mi tylko iść do spowiedzi. I poszedłem, bo ja zawsze słucham mamy...



Matko Boska xdeistyczna, on był bardziej pijany niż w Planicy na zakończenie sezonu. A serio myślałem wtedy, że gorzej już być nie może!

No a co do Srafcia... Patrzcie, może głupi, ale przynajmniej szlachetny. Nie to co Forfang. Wiecie, że ten gościu pojawił się w domu Seva w skórzanej kurteczce!? To ja jestem pierwszym skoczkiem, który nosił skórzane kurtki. Więc nikt inny nie ma prawa tego robić bez mojej wiedzy i zgody! Zaczynałem już kombinować nawet czy nie pozwać go do sądu za plagiat wizerunku. Oko za oko, ząb za ząb.

- Proszę panów o powagę – sobowtór teściowej rudego pierwszy raz zabrał głos– przyjechałam tu aż z Australii i gwarantuję, iż moja klientka zapłaciła mi grube pieniądze, aby nie uszło to panów koledze na sucho. Nasze oczekiwania są jasne...

- Ale jaka Australia – parsknął Wanki – pani myśli, że nasz Welliś w ogóle wie gdzie coś takiego jest? Mamy do czynienia z jakimś koszmarnym nieporozumieniem.

- Ona reprezentuje tą laskę, która robiła mojej drużynie zdjęcia w Korei – norweska parówka zbliżyła się do nas, szepcząc swoje (niestety nie) kłamstwka, sztucznie troskliwym tonem – wzięliśmy ją ze sobą na ową imprezę, na którą Richard nas zaprosił, w ramach zacieśniania więzi...



Macie w życiu czasem tak, że chcecie rzucać kurwami? Bo nagle zupełnie niespodziewanie wypływa na wierzch coś, o czym dawno sami już zapomnieliście? Całe lato drżałem, że Sev i Żyrafa dowiedzą się, iż olałem Welliśka tamtej nocy. I że to wcale nie Geiger wpuścił do nas Norwegów. A na jesieni wyluzowałem, bo ileż można osłabiać brwi jednym zmartwieniem?



Widać ten pomyleniec poza laskami postanowił mi zabrać jeszcze przyjaciół!



- Serio się zaniepokoiliśmy. Więc przywieźliśmy ją do Niemiec. Andi był wtedy z nami, więc naprawdę jeśli mogę wam jakoś pomóc...



Niech mnie coś trzyma! Serio. Jeżeli on chce nam w czymkolwiek pomóc to ja jestem prawiczkiem! Tyle w temacie.



- I nasz Welliś znowu coś ukradł? – jęknął Wanki – nie wiem... Tusz do rzęs? Wkładki higieniczne? Chusteczki do nosa? Co jeszcze kobiety noszą w torebce? My oddamy, nawet w nadmiarze...

- A ja się dołożę – dodał pełen zapału Srafciu.

Nie lubię wzruszeń. Jestem twardy i seksowny. Ale serio mega mnie rozczula, jak skoczna brać (pomijając podły lud północy) jednoczy się we wspólnych sprawach. Owszem, stanowimy mieszankę skrajności. Niektórzy są tępi jak wiewióra, inni niedojrzali jak Żyrafa, a jeszcze inni mądrzy i roztropni niczym ja sam. A jednak potrafimy pokazać się światu jako jedna wielka rodzina! Której nic nie złamie. Chyba...



- Moja klientka niedawno urodziła – kobita wreszcie przeszła do rzeczy, bo do tej pory jedynie wybałuszała te swoje ślepia z zezem (zupełnie jakbyśmy byli nieuprzejmi i jej przerywali!) – nadmienić muszę, iż jest ona osobą często podróżującą, rzadko bywającą w domu, a co za tym idzie potrzebującą środków na własne życie. Żąda więc aby pan Andreas zaopiekował się swoim dzieckiem.



Że kim? Nie wiem czy bardziej powalił mnie ten news, czy fakt, iż ktoś nazwał Welliśka ‘panem’.



- W przeciwnym razie, jak kazała przekazać, puści go z torbami. A gwarantuję, ma wiele ścieżek prawnych, na których może to uczynić.

- Przepraszam bardzo – jęknął po raz kolejny Severin – naprawdę nie dało się wybrać gorszego momentu na takie kiepskie żarty? Zaraz tu będą moi schorowani dziadkowie, wujek z drugiego końca kraju, siostra z rocznym synkiem... Naprawdę nie chcę aby spotkali w drzwiach osobę podającą się za adwokata.

- Siostrzeniec pana obchodzi, tak? A mała Delfina to już co?

- Przepraszam bardzo kto?

- Córka mojej klientki – zirytowała się wariatka – i Andreasa Wellingera, który był tak pijany, że nie raczył jej nawet poinformować jak się nazywa. Gdyby nie miała kontaktu z tymi uczciwymi sportowcami, którym robiła zdjęcia – wskazała na kreatury – nigdy by się nie dowiedziała, kto jest tatą Delfinki. Była przekonana, że to jakiś chłopaczek sprzedający precle. A nie mistrz olimpijski – dodała z pogardą.



Co jest do cholery złego w sprzedawaniu precli? Nawet ja nie mam nic przeciwko, choć prawie zostałem znanym lekarzem. Ale wracając do tematu... Kim trzeba być żeby nazwać tak dziecko? Jakąś totalną psychopatką (Choć przyznaję pamiętam, że biust miała niczego sobie). Nie wyobrażam sobie gorszego imienia dla dziewczynki... No... Chyba że istnieje forma Marinusa, Marinusława czy tym podobne (a dzięki Bogu nic mi o tym nie wiadomo).



- Andi ukradł deflina? – Wanki nadal najwyraźniej nic nie rozumiał – z Kraftem? W takim razie my go zaraz oddamy do basenu, w sensie delfina, a nie Krafta. No bo szanujmy się, na gęś to można jeszcze przymknąć oko. Natomiast delfin? Nawet gdzie trzymać go nie ma.

- Mnie tam nie było – wyjaśnił cicho gryzoń – ale jeżeli to wam w czymś pomoże to mogę wszystkich okłamać, że byłem.



Zaczynałem się bać, iż on liczy, że to my go przygarniemy...



A Severin chyba bał się jeszcze bardziej. Z tym, że nie wiewiórek ułomnych. Bo z pokoju akurat wyszła jego mama. Z przerażeniem pytając, co adwokat robi w ich mieszkaniu.

- Andi został ojcem – westchnął biedny rudzielec, widać nie mając już siły na wymyślanie jakiś wielce mądrych historyjek (a mógł oddać mi głos, bo zawsze mam kilka genialnych na podorędziu).

- Andi? – usłyszałem głos pełen przerażenia i niedowierzania.

- W sensie nie ja – Wanki próbował rzucić coś pocieszająco, ale raczej tylko pogorszył sytuację.

- Z tą dziewczynką? – rodzicielka poczciwca niespokojnie wskazała na Tande.

- Nie mamuś – zaprotestował Freund – to nie jest dziewczynka. To tylko Andre... Johann, Daniel... – przerwał – Boże ja właściwie nie wiem już co to jest.



I poszedł biedny przepraszać krewnych i odwoływać rodzinną uroczystość. 
                                 _____________________
Tak jak mówiłam, po krótkim fragmenciku xD
Bawię się wordem pomiędzy przeprowadzką a przeprowadzką.
Za to jutro po roku przerwy wrzucę wam prawie 10 stron smętnego elaboratu :D Jeżeli ktokolwiek (poza moimi ukochanymi sadomasochistycznymi wariatkami <3) ma jeszcze na to siłę ^^