piątek, 14 września 2018

2. Ja nie chciałem.


Dwie godziny później zamknęliśmy się w toalecie. Może to niedorzeczne, ale taka izolowana przestrzeń pomaga zebrać myśli, szczególnie gdy w mieszkaniu jest wróg z północy, który nie śpi. Welliś siedział na kafelkach i płakał, bełkocząc niezrozumiałe zdania, z których dało się wyłapać jedynie powtarzaną w kółko formułę ‘co ja powiem mamie’. Wyglądał totalnie żałośnie (czyli w sumie tak jak zawsze). Dodatkowo z jednej strony tulił Srafcia (jednocześnie intensywnie omawiającego coś z Wankim), a z drugiej jego gęś.
Atmosfera serio wyszła grobowa. I komu oczywiście przyszło próbować ją naprawiać?

- Zaraz wszystko wam wytłumaczę – zacząłem, siląc się na powagę – to nie jest dziecko naszego cielęcia. Z całą pewnością. Obserwowaliście szczegóły w tym filmiku, z Tande z kwiatuszkami we włosach?
- Richard... Nikt normalny nie ogląda...
- Ja oglądałem – wtrącił Srafciu (potwierdzając opinię przedmówcy) – chłopak się postarał, przebrał w spódniczkę, umalował... Nie byłoby mu miło, jakby wszyscy to olali. Więc nabiłem z jakieś tysiąc wyświetleń.

Zignorowałem ten okrzyk żałości. Z resztą ogóle nie rozumiałem czemu sirota siedzi na wewnętrznym posiedzeniu niemieckiej drużyny, a nikt poza mną nie ma ochoty wyrzucić jej za drzwi.

- Nieistotne. W każdym razie on ma tam takie długaśne paznokcie. I stąd mój wniosek, że w Norwegii się nie obcina paznokci. Więc można nimi uszkodzić nie wiem... Balona, rękawiczkę, krasnoludki z plasteliny...

Chciałem im to wyłożyć metaforycznie, ale oczywiście żaden nie ogarnął o co mi idzie.

- Inny rodzaj gumy też można – zakończyłem tryumfalnie – czy naprawdę wierzycie, że laska spędziła dwa tygodnie chodząc krok w krok za tą dziczą i żaden jej nie tknął?
- Nie gorsz Wellisia – upomniał mnie Wanki, jakby ta ofiara losu, nie została już wystarczająco zgorszona przekazując RZEKOMO swoje geny w daleki świat.
- Ani Michi – gryzoń pogłaskał czule, mokrą od łez Andiego gęś po dziobie – ona przecież jeszcze nigdy nie była w związku.
Panie daj mi siły.
- Mówię wam. Któryś naruszył co trzeba, albo nosił cenne rzeczy w portfelu jak skończony debil, a potem wpadł w stupor, więc się dogadał z tą interesowną panienką, postanowili znaleźć frajera, wrobić go w ojcostwo, oskubać i podzielić się kasą na pół.

Rozejrzałem się w około czekając na brawa za mój spryt i czujność.

- Dlaczego nie wolno nosić cennych rzeczy w portfelu?

Niech ktoś przerobi tą wiewiórę na futrzany kołnierz!

- Bo je można uszkodzić! – jęknąłem, po czym zamilkłem na moment, gdyż oferma zaczęła przekładać wszystkie pieniądze i karty kredytowe do kieszeni, dziękując, iż ją ostrzegłem.
- Możesz nam wytłumaczyć co Norwegowie tak naprawdę robili na zamkniętej imprezie? – rzucił tym razem Severin, niewzruszony najwyraźniej moją super teorią, która ściągnęłaby wszystkim problem z głowy.

Mówiłem wam, że to skomplikowane. Bo ja poważne chciałem zaprosić tylko Simona. Żeby powiedział Wellindze jakieś bzdury, w stylu że prawdziwy mężczyzna to ten, który zakłada rodzinę, jest odpowiedzialny i bawi się z dzieciaczkami w Babę Jagę (czy co ja tam jeszcze robiłem, zanim dojrzałem seksualnie), a nie ten co kradnie. No. Więc czekałem spokojnie, z uprzejmą miną przed domkiem Szwajcarów. Ale ów nieszczęsny świstak nie wychodził.  To aby nie marnować czasu postanowiłem pójść do przenośnej toalety, bo ile można powstrzymywać swoje potrzeby fizjologiczne przez jakiegoś gościa, który nie potrafi nawet wylądować telemarkiem? Właśnie.
Pech chciał, że wychodząc, zapomniałem zawiązać tych kadrowych spodni (które chyba ktoś zaprojektował dla gnomów o sylwetce Marinusa, a nie wysportowanych, smukłych olimpijczyków). I mi zleciały! Akurat jak zacząłem zagadywać Ammanna. Kurde, co byście sobie pomyśleli, jakby stanął przed wami gość z gatkami opuszczonymi do kolan i palnął ‘cześć Simi, nie wpadłbyś w nocy’? Sytuacja naprawdę nie była wesoła. Jedynym ratunkiem przed podejrzeniami o dziwne skłonności względem statecznego ojca trójki dzieci, było szybkie zaproszenie kogoś jeszcze. Ale jakbym postawił na jego kolegów z drużyny to pewno by ta ich dziwna neutralna prasa napisała, że marzą mi się orgie szwajcarskie. I wtedy już serio dziewczyny by miały prawo woleć tą norweską dżdżownicę ode mnie. A akurat przyplątały się kreatury. Więc padło na nie, bo raczej nikt by nie wykombinował, że pociąga mnie Tande.

Tyle. Ale wątpiłem czy podwójnie wściekły Severin w to uwierzy.

- Serio chciałem się zająć Andim jak własnym synem. Ale sami wiecie jak się potoczyła owa noc...
Przecież zbawiałem świat, nie?
- Richard, spójrzmy prawdzie w oczy. Czy ten Leyhe miał cycki?
- Ostatni raz widziałem go tydzień temu – przeraził się Wanki – chcecie powiedzieć, że od tego czasu mu urosły?
- Nie nasz Stephek. Tylko ten, którym Freitag tak troskliwie zajmował się w Korei.

Jezu. Ja serio, serio położyłem tego naiwniaka do łóżka. I zabrałem mu nawet trampki, żeby w porywie rozpaczy nie postanowił targnąć się na własne życie zjadając sznurówki. A potem poszedłem wytargać z imprezy Andiego. No tylko, że po drodze spotkałem tamtą dziewczynę, którą Severin (ta ruda cholera, ma czasem dar jasnowidzenia!) określił mianem ubiuszczonego Leyhe. Wiecie. Bezbronna, młodziutka, skąpo ubrana istota, o ładnej buzi i ciekawym tonie głosu. Sama! W nocy! Pośród flag Norwegii i innych symboli zepsucia. No przecież gdybym ją tak zostawił to jeszcze mogłaby ją krzywda spotkać. Więc się zatroszczyłem, postawiłem jej drinka, a potem przenocowałem w ciepłym, bezpiecznym pokoju. Jak prawdziwy superbohater, bo w końcu jeśli już panna ma grzeszyć to z kimś porządnym, prawda? Święta prawda! Tylko w życiu by mi nie wpadło do głowy, że Welliś się w tym czasie postanowi rozmnożyć!

Szybka jest nawiasem mówiąc ta mała cholera. W pewnym sensie zapewne wręcz błyskawiczna, ale nie chciałem już być aż tak niemiły, bo jednak troszeczkę poczuwałem się do winy. Tak tyci tyci. Jak odległość pomiędzy wierzchołkiem, a koniuszkiem móżdżku Srafcia.

- To nie jest wcale śmieszne. Andi to jeszcze emocjonalne niemowlę. A teraz będzie musiał dorosnąć w trybie ekspresowym. Więc mamy poważny problem...
- Właśnie – przerwała Żyrafa, wyrywając jednocześnie Austriakowi jakieś kartki z rąk – mamy. Bo ja za cholerę nie mogę się zdecydować czy zaprosić Eisenbichlera.
Dobrze, że sam nie mam cycków, bo mi by już przez nich opadły aż do ziemi z zażenowania.
- Gdzie?
- No jak to? – wielkolud zdziwił się, jakby chodziło o jakąś oczywistą sprawę – na ślub. Skończyliśmy już ze Stefanem układać listę gości. I jest na niej cała nasza kadra oprócz niego...
- Wank, czy serio nie widzisz teraz gorszych zmartwień?
- No właśnie nie – zripostował szczerze poczciwiec - dziecko to żadne zmartwienie, ja je z radością wychowam. Ale to? Z jednej strony nie chcę żeby Markus zakłócił uroczystość swoją miną sprzedawcy nagrobków. A z drugiej... Co jak rozpieprzę tym atmosferę w drużynie? Takie bezduszne wyalienowanie jednej osoby...
- On lubi się panoszyć tam gdzie nie trzeba – rzuciłem dla rozluźnienia nastroju – jeszcze się zgubi i zniszczy ludziom noc poślubną, wtykając swój nochal w drzwi.
- Ale ja go jednak zaproszę – zadecydował Srafciu – nie można kogoś pomijać bo jest brzydki. Nie każdy przyszedł na ten świat piękny i pachnący – dodał ze smutkiem – i zaproszę też tych staruszków, co sprzedają kwiatki na targu w Salzburgu.
- Niby po co?
- Siedzą całe dnie tacy smutni, podlewają krzaczki, jedzą żółty ser z torebek... Pewnie nigdy nie byli na prawdziwym weselu – wiewiórce zaświeciły się oczka – wiem co znaczy nie być ósmym cudem świata, więc lubię pocieszać innych. To będzie dla nich wielkie wyróżnienie. Co prawda musieliśmy zrobić z Andim jakieś cięcia...
- Cięcia?
- No wyrzuciliśmy ze spisu gości rodzinę panny młodej. Ale naprawdę mamy ograniczony budżet. Michi musi zrozumieć. Skoro sam nie umiał tyle lat urządzić sobie ślubu i zrzucił to na moje wątłe ramiona to powinien mi wybaczyć maciupkie niedociągnięcia organizacyjne. Ten pensjonat Richarda jest bardzo kameralny...
- Cichy i ustronny – wyrecytowałem z dumą, nie zwracając uwagi, że Severin błagalnie przewraca oczami, patrząc na mnie ze zdegustowaniem. Co ja miałem zrobić? Kryzys jest. Ludzie wolą śmierdzące Majorki i zagrzybione Karaiby od prawdziwie pięknych klimatów wakacyjnych. Więc umiłowany Ferienhaus Freitag nieco podupadł. A tu podpełzła do mnie taka wiewióra godzinę temu i z miejsca przelała nam na rodzinne konto pokaźną sumkę za wynajem całego obiektu. Na dodatek w samo Boże Narodzenie, kiedy to ceny są najwyższe. Klient nasz pan. Skoro zapłacił to niech sobie urządza. Wesele Michaela, wyścigi chomików albo wieczór schadzek. Mnie wszystko jedno... Chociaż nie. Żadnych schadzek. Zbyt kocham to miejsce, żeby pozwalać w nim na jakąkolwiek rozpustę. Nawet samemu sobie. We własnym domu, zabiorę się za owe sprawy dopiero jak dorosnę, zasadzę przysłowiowe drzewo i przywiozę żonę. Czyli za jakieś 30 lat.

- Ej – wrzasnął Wanki przerażony – serio nie starczy nam miejsca. Eisenbichler będzie musiał spać w
 stodole. I jednak wyjdzie na to, że go szykanuję.
- Zamówimy mu taksówkę – uspokoił go Srafciu – już to wpisuję do kosztorysu. Odpowiednio wcześnie wróci do siebie i nie zakłóci nosem nocy poślubnej, skoro mówicie, że to aż tak ważne. Zaraz... Ale to tylko obce osoby nie mogą jej zakłócać czy ja też?
- Przede wszystkim Ty – wytłumaczyłem stanowczo – i twoja gęś.
Sierota ze zrozumieniem pokiwała głową, otwierając żałosny zeszycik z białymi gołąbkami na okładce i tworząc odpowiednią adnotację w dziale ważne uwagi dodatkowe.

Zapowiadała się niezła akcja. Nie miałem tylko pojęcia na kim oni zamierzają przymierzyć suknię ślubną. W sumie szkoda, że ten Leyhe (prawdziwy, a nie moja koreańska guilty pleasure) jednak nie miał cycków, bo nadałby się wtedy idealnie. Ale to nie był taki wielki problem, zawsze mogli wziąć z manekina, albo przebrać Tande. Gorzej, że Severin z niewiadomych przyczyn wyglądał na padniętego i nic mu się nie podobało.
- Wiecie, że nie można tak sobie z miejsca pójść do ołtarza jak w komedii romantycznej – rzucił bezdusznie – trzeba złożyć masę podpisów. I odbyć nauki przedmałżeńskie.
- Ja mogę wygłosić im te nauki – wzruszył ramionami Srafciu – będzie o tym, że trzeba szanować przyjaciół. I dobre, uczciwe, białe zwierzęta.
- Tu nie chodzi o Ciebie...
- W takim razie trzeba kogoś podstawić – zadecydował Wanki – mówiliście, że Andi musi dorosnąć. Więc Andi pójdzie na przyspieszony kurs dla narzeczonych i będzie udawał Hayboecka. Dobrze mu zrobi, jak posłucha o obowiązkach, choć i tak to ja wychowam mu dziecko... Tylko musimy jeszcze znaleźć...
- Dziewczynkę – wykrzyknąłem z euforią, dusząc się ze śmiechu – mówię wam, obiecamy temu norweskiemu psychopacie, że kupimy mu w zamian konia to na pewno się zgodzi.

A ja w tym czasie nieźle utrę nosa jego lalusiowatemu koledze z dziecinnym uśmieszkiem.

- Skoro nie ma innej rady – wielkolud udał, iż się zastanawia – Welliś zrobisz dobry uczynek?
- A jak jakiś ksiądz się potem pomyli i połączy mnie z Tande świętym węzłem małżeńskim? – jęknęło niepewnie cielę – nie chcę mieć Tande za żonę, za męża... W ogóle wolałbym go nie znać.
- To ja wtedy krzyknę, że się nie zgadzam – przytuliła go mocno wiewióra, wpisując na listę wydatków pozycję koń (nie wiem w sumie, czy to nie podchodzi pod znęcanie się nad zwierzętami, ale mniejsza, jak tylko te problemy ślubne się skończą, to go lepkowłosemu zabierzemy) – zresztą Michiemu też bym tego nie zrobił, więc na wszelki wypadek przyczepię na drzwiach kościoła karteczkę z napisem ‘Tande lubi się z przyrodą, ale nie jest panną młodą’ czy coś w tym stylu. Albo w ogóle odszukamy Ci do pary prawdziwą kobitkę, która zagra tą okrutną istotę bez serca dla gęsi.

Wolałem nie dociekać. I nie zgadzać się na wymianę kreatury na jakąkowiek przedstawicielkę płci pięknej.
- Ty nic nie musisz robić – poinstruował pokrakę Wank – tylko iść cztery razy na spotkanie i mówić od czasu do czasu, że kochasz swoją narzeczoną, oświadczyłeś się jej na plaży i chcesz mieć dużo dzieci.
- Michael się nie oświadczył na plaży – wtrącił Srafciu – ani nawet na wysypisku – ściszył dyskretnie głos – jeżeli mamy być szczerzy to on w ogóle nie był łaskawy się oświadczyć.
- A ja nie chcę mieć więcej dzieci – rozbeczał się ponownie (ciągle jeszcze majaczący) Welliś – w ogóle wolałbym zostać impotentem. Co ja powiem mamie?

Czyli wróciliśmy do punktu wyjścia.

- Porozmawiam z Twoją mamą – zaofiarowałem się – jeszcze dziś, ona mnie przecież uwielbia. Andi zajmie się dzieckiem... Ty jedynie pomóż chłopakom z tym ślubem. Obiecuję Ci, dopilnuję, że przed ołtarzem staną właściwe osoby. My na wszelki wypadek schowamy się za jakimś filarem. A potem otworzymy butelkę z rumem na weselu.

O ile kojarzyłem z czasów narzeczeństwa Severina, przedmałżeńskie kursy rozciągały się chyba na minimum dwa tygodnie. A to oznaczało, że (przyjmując wersję z Tande w roli hayboeckowej panny) te kreatury musiały u nas troszeczkę zostać.

Zemsta będzie słodka.
I na dodatek uratuję Andreasa. I wsławię rodzinny interes. I pomogę ludziom się zdecydować i hajtnąć.

Kurde... Naprawdę byłem aniołem.
                                                     _____________________________

Także tego xD